Felietony kibiców

JAK TO JEST W MARSYLII?
Wywiad z polskim kibicem, przez kilka lat członkiem grupy „Commando Ultra`84”.

Komu kibicujesz w Polsce i jak to się stało, że trafiłeś do Francji na trybuny Olympique Marsylia?
Mieszkam w Prabutach i kibicuję klubowi mojego miasta – Pogoni. Okręgówka to wbrew pozorom świetna sprawa. Nie ma transferów, kontraktów, menadżerów, ani żadnych Robercików Lewandowskich. Nie ma kamer, zakazów stadionowych, list wyjazdowych ani pryszczatych stewardów. Poza tym, przy odrobinie chęci można mieć wpływ na to, co dzieje się w klubie. Znasz zawodników, sam decydujesz co się dzieje na trybunach na których spotykasz kumpli i znajomych, czujesz autentyczny klimat futbolu. Bezcenne.
Poza tym na własne oczy mogę obserwować, jak w Prabutach rodzi się ruch kibicowski i patriotyczny. Jego rozmiary są oczywiście adekwatne do wielkości naszego miasteczka, ale i tak serce rośnie. Jeśli zaś chodzi o kibicowanie przez większe K, to od piętnastu lat jeżdżę na mecze Polonii Warszawa oraz niewiele krócej – Arki Gdynia. Ta stara zgoda co prawda padła kilka lat temu (co bardzo zmieniło moje spojrzenie na pewne sprawy w światku kibicowskim), ale ja swoich przyzwyczajeń nie zmieniłem. Póki co, nikt na Polonii ani na Arce nie ma z tym problemu.
We Francji znalazłem się wiosną roku 2005, zaciągając się wówczas do Legii Cudzoziemskiej. Szczerze się przyznaję, że gdy wyjeżdżałem z Polski (mieszkałem wówczas w Gdyni) zakładałem, że wraz z założeniem munduru zakończy się moje życie fanatyka piłkarskiego. Ale nie dało rady. Niemal na wejściu do punktu rekrutacyjnego skumplowałem się z chuliganem KSZO Ostrowiec. Po kilkunastu dniach bycia legionistą, w trakcie biwaku w terenie, mój dowódca przepytywał mnie skąd pochodzę i jak wy
glądało moje życie. Gdy padła odpowiedz Polska-Gdynia-futbol, usłyszałem nagle zza pleców „Co kurwa? Śledź w szeregach?”. Okazało się, że moi sierżanci to Polacy. Jeden z Bydgoszczy, drugi ze Szczecina. Skończyło się na tym, że musiałem zorganizować jakieś browary i wieczór przegadaliśmy w polskim gronie. Nie były to bynajmniej rozmowy o bierkach 🙂
Kilka miesięcy później, gdy zostałem afektowany do regimentu leżącego ok 100 km od Marsylii, inny podoficer – Polak (też ze Szczecina i też kibic) zaczepił mnie tekstem „Marsylia gra w ten weekend u siebie. Wy macie z nimi zgodę, to pewnie chciałbyś wolne, żeby pojechać na mecz?” Nie trzeba było dwa razy powtarzać…
Jak zostałeś przyjęty przez kibiców OM i jak długi okres czasu spędziłeś na południu Francji?
Mój pobyt we Francji to lata 2005 – 2010, z przerwami na wyjazdy związane z misjami wojskowymi. Ten pierwszy mecz to była jesień ’05. Nie miałem wówczas większego pojęcia o klimatach w Marsylii jak i na Stade Velodrome. Po przyjeździe pod stadion natknąłem się na konika, który za 20 euro wprowadził mnie na trybuny (na bilet w dniu meczu nie ma szans, do dzisiaj zresztą nie wiem jak wygląda sprawa kupna wejściówki – pojemność Velodrome to bodajże 60 000 miejsc, przeciętna frekwencja wówczas była zaledwie o kilka tysięcy niższa). Trafiłem na sektor grupy Winners, ale wówczas nie miałem pojęcia o tym, co się z tym wiąże… Już po kilku minutach podszedł do mnie jakiś widocznie kumaty koleś i zapytał po angielsku skąd jestem. Następnie wskazał na trybunę znajdującą się poniżej i powiedział abym skierował się tam, bo tam na pewno znajdę kolegów. Wdzięczny mu jestem do dziś (i zastanawiam się skąd się koleś wziął), bo gdyby nie to, raczej nie dotrwałbym na tym sektorze do końca meczu. Łysa głowa, harrington, martensy, a wokół całe stado rasistowskich kolorowych lewicujących brudasów, z czego jednak wówczas nie zdawałem sobie sprawy. Edukacja na temat ekipy Winners przyszła później. Najgorsze cwaniackie, tchórze i śmierdzące głupki, jakich kiedykolwiek spotkałem. Nim kogoś obrażę, zawsze staram się dwa razy zastanowić, ale w tym wypadku nie mam wątpliwości.
Po przejściu na sektor poniżej, czyli jak się później okazało sektor CommandoUltras84, od razu zauważyłem różnicę. Rzucali się w oczy zwłaszcza apolityczni Oi! skini oraz kibice wyglądający „jak na kibiców przystało”. Dało się też odczuć, że na sektorze zdecydowaną większość stanowią rodowici Francuzi… Podszedłem do jednej z osób wyglądającej na kumatą, powiedziałem kim jestem. Mój język francuski był wówczas mega tragiczny, toteż nic dziwnego, że przyjęcie ze strony gospodarzy było nieco sztywne, choć życzliwe. Po prostu nie mogliśmy się dogadać :-). Po meczu (1:0 z Auxerre, kibiców gości ok. 50) zostałem zabrany prze Ultrasów do ich siedziby (wielki hangar, gdzie mają bar, robią imprezy, przygotowują oprawy itp.), a później na całonocne zwiedzanie knajp. Tak się zaczęła moja przygoda z CU84, choć o pełnej przynależności do ekipy mogłem mówić dopiero po ok. 2 latach, po zniknięciu bariery językowej oraz po lepszym poznaniu się nawzajem, na co zawsze trzeba czasu. Zwłaszcza, że okazja do meczu lub wyjścia do pubu pojawiała się tylko raz na kilka tygodni, bądź co bądź Legion Etrangere to nie wakacje 🙂
Opowiedz trochę o specyfice Marsylii – miasta portowego, pełnego imigrantów… Jakie klimaty tam panują i jakie jest miejsce kibiców w tej całej mozaice? Czy Marsylia bardzo się zmieniła na przestrzeni ostatnich lat?
Marsylia i okolice to piękne miejsce, problem tylko z jej aktualnymi mieszkańcami. Niestety, ta część Lazurowego Wybrzeża to już nie południowa Francja, lecz północna Algieria. Emigrantów jest tutaj więcej niż szczurów w porcie. Większość to Arabowie, ale nie brakuje też murzynów. Rasistowsko brzmi? Zapraszam do pomieszkania w tym miejscu… Również portowy klimat Marsylii uległ zmianie na skutek efektu cieplarnianego, czyli afrykańskich przybyszów właśnie. Kiedyś było to miasto cwaniaków, dziś to miejsce dla brązowawych cwaniaczków bez zasad. Widać też, że Marsylia w ostatnich latach przestała się rozwijać. Z wyjątkiem kilku dzielnic – syf i śmieci. Przykro to pisać, bo jak wspominałem jest to przepiękne miejsce z wspaniałą architekturą. Tyle, że trzeba by je wysprzątać z połowy dzisiejszych mieszkańców. O emigrantach mówi się, że zabierają pracę – tam nie ma tego problemu, bo większość emigrantów nie pracuje. Dragi, lewizny, zasiłki. Nawet antyrasistowsko przecież nastawieni kibice OM mówią o tym wprost.
Jest to też miasto niebezpieczne. Da się przeżyć, ale w niektóre miejsca się po prostu nie wchodzi. Sam się dziwię, że nigdy nie dostałem nożem, albo, że tylko kilka razy przytrafiło mi się „arabskie solo” – jeden na trzech :-). Ulice Marsylii są opanowane przez szczurkowatych dresiarzy bez żadnego honoru i zasad i (pomijając wszelkie rasizmy czy uprzedzenia) normalny człowiek nie poczuje się tam dobrze – no chyba, że szuka przygód lub jest ćpunem. Jedynym normalnym miejscem są okolice Irish Pubu w dzielnicy Vieux Port. Tam można spotkać kibiców, skinów, rokendrolowców czy legionistów. Naprawdę świetna knajpa i fajni ludzie.
Tak jak upadło miasto, tak zdegradował się obraz kibica. Co prawda każdy marsylczyk uważa się za kibica OM, a biało-niebieskie akcenty można spotkać dosłownie wszędzie, ale to nie ma nic wspólnego z fanatyzmem w naszym wyobrażeniu. Fanatycy – vrais supporters – zaczęli znikać kilkanaście lat temu, dziś OM to po prostu tandetna pop kultura. Wygląda to tak, że mamy kilkadziesiąt tysięcy „fanów”, z których większość nie była na meczu i przez kilka tygodni z rzędu nosi te same brudne dresy w barwach OM, kilkanaście tysięcy zakochanych w OM, lecz piknikowych miłośników piłki nożnej i kilkuset kumatych kibiców, z których 90 procent to członkowie grupy Commando Ultras 84.
Jakie jeszcze grupy istnieją na trybunach Stade Velodrome? Jakie są relacje między nimi?
Na Stade Velodrome istnieje kilka grup kibiców, które można scharakteryzować jako niezależne od siebie i rzadko współpracujące ze sobą fan-cluby, zrzeszające zarówno mieszkańców Marsylii jak i fanów OM z innych stron Francji. Dla ich członków równie ważna jak sympatia do klubu jest również właśnie przynależność do konkretnej grupy. Każda z nich produkuje swoje pamiątki, na własną rękę organizuje wyjazdy lub imprezy, prezentacje ultras, oraz – co jest jednym z najważniejszych aspektów działalności – zajmuje się dystrybucja biletów i abonamentów przysługujących danej grupie.
Najstarsza grupa to piknikowy dziś CCS (Club Central de Supporters) który powstał w 1972 roku. Najbardziej znana jest Commando Ultras 84. Najbardziej rzucający się w oczy są jednak niestety wspomniani wcześniej Winners 87. Poza tym Yankee (rok powstania ’87), Fanatics (’88), Dodgers (’92), Marseille Trop Puissance (’94) oraz kilka innych małych grup (np fan-club inwalidów…), tudzież grup nieoficjalnych.
Lata świetności Stade Velodrome i kibiców Olympique to lata 90., kiedy to na stadionie w Marsylii panowała zawsze naprawdę gorąca atmosfera, a fani OM zarówno na meczach u siebie jak i na wyjazdach wzbudzali respekt. Racowiska, oflagowanie, doping, żywiołowość, nierzadkie awantury.. Czas jednak płynie i wszystko się zmienia. Zmieniła się Francja, zmieniła się Marsylia, nie są to też dzisiaj ci sami fani OM. Nowy Stade Velodrome przypomina dziś bardziej Przystanek Woodstock niż stadion z klimatem. Opanowali go gamonie w szalikach Adidasa, dla których najważniejsze w meczu jest oglądanie piłkarzy i wszamanie przekąski oraz emigranci, o których już wspominałem. Zawładnęli stadionem w stopniu niewiele mniejszym od tego, w jakim zawładnęli miastem. Nie chciałbym tutaj wrzucać wszystkich kolorowych do jednego wora, bo cześć z nich – zwłaszcza ci, którzy ułożyli sobie we Francji życie – to normalna społeczność i normalna publika. Ale pozostali – to syfiarze. Bardzo mocno akcentują swoje korzenie (co najczęściej oznacza zarazem niechęć lub jawną wrogość do symboli narodowych Francji!) ich ikonami są Che Guevara, lewicowa anarchia, komunistyczna gwiazda, sierp i młot, symbole narkotyków oraz ugrupowań arabskich… Te głupki nie mają oczywiście o tym większego pojęcia, ale moda jest moda. Na przykład MTP za swoje barwy uważają kolory Afryki, a Dodgersi wieszają na sektorze zarówno konfederatkę, jak i flagę ZSRR !
Relacje pomiędzy grupami są takie, że tak naprawdę teraz każda grupa ma w dupie pozostałe. W wyjątkowych okolicznościach współpracują ze sobą pojedyncze osoby, tyczy się to nielicznych akcji chuligańskich.
Czy mógłbyś przybliżyć czytelnikom więcej faktów na temat najsłynniejszej grupy CU`84?
Commando Ultra 84, lub jak kto woli Commando Ultras 84, liczby w nazwie grupy to oczywiście data powstania. To oni rozkręcili ultrasowanie i chuligankę w Marsylii. Przełom lat ’80 i ’90 to złote lata grupy, która należała chyba wtedy do najlepszych w Europie. Flagi, piro, zorganizowane darcie ryja, wyjazdy ( w ’87 roku potrafili „na zakazie” wbić się w 300 osób na stadion Bordeaux), awantury, krojenie barw. Nie znam wszystkich detali, ale któregoś roku pod kasy wjechała marsylczykom ekipa St.Etienne. Po kilkunastu godzinach CU84 pojawili się w Etienne z rewizytą, w kilkadziesiąt osób… A to odległość bodajże 300 kilometrów. Świadczy to chyba o tym, czym była grupa CU84 w minionych latach.
Dzisiaj zostały po tych czasach tylko wspomnienia. Zmieniła się Marsylia, zmienił się Stade Velodrome, zmienili się kibice i ekipa CU84. Choć liczba abonamentów w tej grupie wynosi ok 5 tysięcy, to za prawdziwych Ultras można uważać dziesięć procent tych ludzi. A gdyby zaś wybrać tylko tych konkretnie kumatych i w pełni zaangażowanych, to i tę liczbę trzeba by podzielić przez dziesięć… Tak było jeszcze dwa lata temu, a od tego czasu podejrzewam że jeszcze kilka osób ubyło ze względu na zakazy stadionowe – zasrane Euro 2016 robi swoje… CU są świadomi, że ich koniec to kwestia czasu. Gdyby poszli na „kolaborację” i ograniczyli się do kulturalnego dopingu i kontrolowanych opraw – mieliby jak pączki w maśle. Ale chłopaki i dziewczyny z CU84 trzymają się swoich zasad i za to wielki szacunek. Bo to ostatni kontynuatorzy dobrych tradycji na Stade Velodrome. Ideologia i mentalność Ultrasów, bynajmniej tych najbardziej zaangażowanych, wywodzą się z klimatów chuligańskich i apolitycznych skinheads oraz working class, jest to również jedyna grupa spod hasła ACAB, czyli zero współpracy z policją i władzami ligi oraz poszanowanie reguł przyjętych przez ogół ekip kibicowskich w Europie. Bardzo ważna jest dla nich walka o niezależność (to głównie z inicjatywy CU fani OM zbojkotowali w 2009 roku wyjazd na PSG, w trakcie którego wszyscy marsylczycy mieli być przez cały czas poddawani „permanentnej inwigilacji” ze strony służb porządkowych). Uczestnictwo w imprezach kibicowskich, odwiedzanie przyjaciół, organizowanie koncertów… CU84 nie akceptują także tandetnych klubowych pamiątek oraz nie pojawiają się na reżyserowanych „masówkach” typu celebrowanie mistrzostwa pod ratuszem…Nie wpuszczają do siebie polityki, na własne oczy widziałem, gdy próba manifestacji pro-arabskiej na sektorze w wykonaniu kilku Winnersów zakończyła się wyrzuceniem ich z sektora i niemal awanturą po meczu. Najsłynniejszym wydarzeniem związanym z Ultrasami w ostatnich latach było zatrzymanie po meczu Champions League z Atletico w Madrycie wodzireja grupy Santosa Mirasierry, który został skazany na 8 lat wiezienia za popchnięcie policjanta okładającego pałką kobietę w trakcie pacyfikacji sektora (jej powodem była odmowa zdjęcia charakterystycznej flagi z trupią czaszką!!) Wrzawa podniesiona przez CU84 i protesty spowodowały, iż w sprawę uwolnienia Santosa włączył się klub, piłkarze, a nawet jeden z francuskich ministrów! Po kilkudziesięciu dniach Santos został zwolniony, a news obwieszczający odzyskanie wolności przez jednego z liderów Ultras Marseille był wiadomością dnia we Francji…
Czy nie wydaje Ci się dziwne, że ekipa CU`84 trzyma z postrzeganymi jako lewackie lub anarchistyczne ekipami takimi jak Livorno, AEK Ateny, St Pauli, czy Sevilla?
Zanim odpowiem, muszę wyjaśnić stosunek CU84 do polityki. Olewka tak naprawdę. Nigdy nie zdarzyło mi się napatoczyć w ekipie na tego typu dyskusje, czy rozszyfrowywanie ekip pod względem ideologicznym. Sam kilka razy zagadywałem na temat komunizmu i wszyscy mieli do tego zdrowe podejście, tyle, że – jak to ludzie z zachodu – patrzą na to przez palce. Pewnie gdyby mieli dziadków „wyzwolonych” przez kacapów, patrzyliby inaczej… Co do ich zgód… poznałem kolesi z AEK, Sevilli i St. Pauli którzy byli w Marsylii. Normalne chłopaki. Nawet przez moment nie pojawiły się z tej okazji lewackie, ani inne akcenty polityczne, tym bardziej, że ja ze swoimi opiniami na „to i owo” nigdy się nie kryłem. Mało tego, pijąc piwo z z chłopakami z Sampdorii (podobno również lewackiej), którzy wspierali nas na finale Pucharu Ligi w Paryżu, rozmawialiśmy wprost o tym, że miejsce Arabów z South Winners jest na śmietniku, nie na stadionie. Podobnie jest z paryską sekcją CU84 (jedna z najkonkretniejszych ekip w całym OM !), te chłopaki to czysta prawica!
Z Livorno to jest tak, że CU uważają ich za swoich kolesi, a że tamci mają takie poglądy jakie mają, to już inna sprawa. Podobnie rzecz ma się z Arką Gdynia. Wszyscy w CU wiedzą przecież, że Polacy to „białe chłopaki o czarnych charakterach”, ale to już sprawa samych Arkowców, a nie Marsylczyków. Dziwne to wszystko rzeczywiście, ja mimo swoich pogladów nabrałem do tego dystansu. Cała ta polityka na stadionach to jeden wielki kibel. Jedne ekstremalne hasła nakręcają inne, a futbol i chuliganka ustępują miejsca ideologiom. Tyle, że ciężko ustalić granice. Dla jednych sierp i młot to symbol porównywalny z hipisowską pacyfką, a dla innych zniewaga…
Czy CU`84 pamiętają o swojej zgodzie z Arką Gdynia? Co kibice OM generalnie sądzą o polskim ruchu kibicowskim? Czy można spotkać w kibicowskiej Marsylii jakieś ślady polskości?
W przypadku relacji OM – Arka trudno mówić o zgodzie wedle naszych, polskich, standardów. Ale dla Marsylczyków Arka Gdynia i jej kibice to – mimo sporadycznych kontaktów – przyjaciele i „club prefere au Pologne”. Wizyta w Gdyni oraz przyjazdy Arkowców do Marsylii (ostatnia w 2011 r.) to jedne z najważniejszych epizodów w historii działalności grupy CU84. Pamiątki Arki są bardzo eksponowane w lokalu Marsylczyków, choć trochę śmiesznie wyglądają fotki i vlepki Arkowców obok fotek St. Pauli, czy plakatów antyrasistowskich 🙂 Jak jednak wcześniej wspominałem, w CU84 na sprawy światopoglądowe kumpli nie zwraca się aż takiej uwagi. Les Polonais il sont empty racist, mais il sont de bon garcs. Et, ils ne rigolez pas… – Polacy to trochę rasiści, ale to dobre chłopaki. No i się nie pier***ą w tańcu…
Polski ruch kibicowski to dla marsylczyków (i nie tylko ich, to samo słyszałem od przedstawicieli innych ekip – PSG, Strasbourga, Nimes, Lens…) absolutny top europejski, zupełnie inna planeta. Zwłaszcza istnienie tak licznych ekip drugo, trzecio i czwartoligowych jest dla nich prawdziwym kosmosem. Za każdym razem gdy była gadka o kibicach w Polsce, niezmiennie spotykałem się z ogromnym szacunkiem. I nie tylko wśród kibiców – kibicowska przeszłość już na starcie wyrobiła mi spory szacunek w Legii, miałem nawet z tej okazji specjalne przesłuchanie w naszej żandarmerii 🙂
Co do chuliganki – to przytoczę pewną wypowiedź: Konfrontacji z jakąś silną polską ekipą to może byśmy spróbowali, ale wpier*** raczej murowany…
Prekursorem kibicowania po polsku był w Marsylii… Piotr Świerczewski ! „Świerszczu” szybko skumał się z CU84 i gdy tylko miał możliwość (co ze względu na liczne czerwone kartki zdarzało się często, hehe) widywał się z Ultrasami i bywał w ich lokalu, nie odmawiając browarka czy buszka 🙂 Doczekał się nawet flagi w polskich barwach i ze swoim nazwiskiem. Jest tam bardzo ciepło wspominany. Kiedy opowiadałem o jego bójce na plaży w Mielnie, nikt w Marsylii nie był zbytnio zaskoczony.
Przejdźmy teraz do najbardziej kontrowersyjnej grupy „South Winners”. W TMK+ była swego czasu polemika na temat fanów OM i dotyczyła głównie różnic pomiędzy CU`84 i SW, dlatego ten temat interesuje nas szczególnie 😉
Niewiele jest na świecie grup społecznych, które można ocenić jednoznacznie negatywnie, ale Winnersów do takich właśnie zaliczam. Grom z jasnego nieba walący w ich trybunę – górną część Virage Sud – byłby prezentem dla ludzkości. Pomijając drobny fakt, że członkowie SouthWinners87 (rok powstania) to w ogromnej większości emigranci, typowy „winner” to brudny, tchórzliwy, głupi cwaniaczek. Bolszewicy XXI wieku w zachodnioeuropejskim wydaniu. To właśnie dzięki nim kibiców OM zalicza się dziś do kibicowskiej „lewicowej międzynarodówki”. To ich idolem jest Che Guevarra, to oni hołdują anty-francuskiemu anarchizmowi. Oczywiście są też „antyfaszystami”, a faszystą jest każdy, kto jest krytyczny wobec nich. Na wyjeździe w Caen szarpałem się z jednym (po kilku sekundach było ich trzech) śmierdzielem, który kopnął w plecy kobietę, która wcześniej zwróciła mu uwagę, że oblał ją coca-colą. Oczywiście winnersi zaraz mieli problem, że w szeregach CU84 jest agresywny faszysta z Arki Gdynia – bo wszyscy polscy kibice to faszyści. TAK BYŁO!!
Innym razem dotarłem pod Velodrome już po rozpoczęciu meczu i podeszło do mnie 3 (to chyba jakaś święta arabska liczba do solo??) starszych winnersów z zapytaniem o żółto-niebieskie barwy. Po chwili już się szarpaliśmy i akcję przerwało pojawienie się jednego z liderów CU84, wobec którego brudasy zaczęły udawać, że się nie zrozumieliśmy. Takich akcji miałem w swojej karierze kilka, mogę pochwalić się, że ani razu nie dałem ciała. Byłaby to nawet rozrywka, gdyby nie fakt, że te śmiecie rozmawiają w minimum 3 osoby i nigdy nie masz pewności, czy nie mają noża… Sytuacje tego typu miałem nie tylko ja, kiedyś awanturę z „antyfaszystami” mieli SHARP-skini z Sampdorii (sic!). Lecz nie zdziwi zapewne nikogo, że gdy na Vieux Port (dzielnica w centrum) wpadła kiedyś konkretna ekipa uzbrojonych nazioli z Zenita St. Petersburg (2007 r. p. UEFA), to do walki stanęło tylko CU84, zaś „antifacho” siedzieli w swych norach…
Przykład z innej bajki. Wyjazd do Lizbony. Opanowujemy knajpę, jest dobra kulturalna zabawa. Zaczynają się pojawiać członkowie innych grup, ale nikt na to nie patrzy, piwo, żarło, śpiewy. I w pewnym momencie zaczynają być zauważalni SW. Niedługo później koniec imprezy, bo w knajpie zaczyna robić się trzoda, a w zamieszaniu zaczynają znikać rzeczy…
Niestety, pomarańczowi (takie barwy noszą South Winners, ignorując barwy klubowe) są najliczniejszą grupą na Velodrome. Stosunki z innymi grupami mają neutralne, zaś z CU84 jest to coś na kształt skrytej zimnej wojny. Ultrasi są na chwilę obecną zbyt słabi na jakieś radykalne działania, zresztą ugodowość leży w charakterze Francuzów. A może to po prostu trochę brak charakteru… Dodam jeszcze, że inicjatywy związane z chuliganką są organizowane w tajemnicy przed Winnersami z obawy o sabotaż lub donos na psiarnię – trafienie do więzienia aktywnych członków innych grup to z punktu widzenia SW87 perspektywa mile widziana, bowiem grupa ta chciałaby ogarnąć „pomarańczową rewolucją” jak największą część stadionu.
Wiem, że moją wypowiedź czyta się jak fragment Mein Kampf, ale inaczej się nie da. Jestem starej daty punkowcem, potrafię wypić piwo z kolorowym i pogadać z kimś o poglądach zupełnie innych niż moje. Ale na szmaciarzy z South Winners reaguję alergicznie. Czekam meczu OM w Polsce, w moim kraju – nieważne w jakim mieście. Przyjaciół z CU84 uściskam. Jakiegoś pomarańczowego też chętnie „przywitam” jeśli będzie okazja 🙂
Jakie są relacje grup ultras z zarządem klubu? Czy klub szanuje swoich kibiców? I czy fanatycy są w jakiś sposób zależni finansowo od włodarzy OM?
Wypowiem się o „moich” czasach. Klub bardzo szanował swoich kibiców. Nie było problemów z oprawami, pirotechniki stewardzi starali się „nie zauważać”. Wejście na stadion nie różniło się zbytnio od wejścia na basen. Był kołowrotek i przeszukanie, ale jeśli nie machałeś siekierą lub nie strzelałeś w powietrze z broni palnej, nie było to zbytnio uciążliwe. Ciekawostką jest, że sektory gości na wyjazdach obstawiali stewardzi OM, ludzie, których kibice znali. Tak więc pod tym względem było naprawdę w porządku. Hehe, w Bordeaux, chłopaki tak mnie schlali, że na sektorze dałem naprawdę popis wszelkich durnot, które można robić na meczu. Nie pamiętam, widziałem później na filmikach. Na polskich stadionach to by mnie powieźli kabaryną i spałowali jeszcze pół sektora. A tam było tylko „to nasz gość z Gdyni, oni tak mają”. I było po stresie 🙂
Hitem hitów był mecz PSG – OM w 2006. Paryż nie przyznał gościom wymaganej przepisami puli biletów. Kibice zbojkotowali wyjazd. Więc klub OM… zbojkotował mecz!!! W geście solidarności ze swoimi fanami OM wysłał do Paryża drużynę czwartoligowych rezerw, która po 90 minutach oblężenia pola karnego… zremisowała 0:0!!! Po ich powrocie do Marsylii (pociągiem!) przed dworcem była feta porównywalna do tryumfu w Pucharze Europy. Piękna sprawa.
Innym szokującym mnie wydarzeniem było wypożyczenie oryginalnego Pucharu Ligi dla wszystkich oficjalnych grup kibicowskich tuż po jego zdobyciu w 2010 roku. Śmialiśmy się, że można jeszcze z niego napić się szampana, dopóki nie był u Winnersów 🙂
Klub zdecydowanym głosem wypowiadał się także w sprawie skurwysyństwa, jakim było zatrzymanie w Madrycie Santosa, wodzireja CU.
Wszystko zaczęło się psuć w momencie, gdy Francja dostała zasrane Euro 2016. Skończyło się przymykanie oczu na to i owo, zaczęły się śledztwa ws. istnienia chuliganki, zaczęły sypać się zakazy stadionowe. Poszły do góry ceny karnetów i biletów. W białych rękawiczkach zaczęto zabijać ruch fanatyków. Oczywiście wobec pomarańczowych lewaków represji się nie podejmuje, podobnie jak nikomu nie przeszkadza kolorowa tandeta, jaką jest dziś marketing OM. Duma Lazurowego Wybrzeża dziś gnije i śmierdzi. Taka jest przykra prawda.
Czy pamiętasz jakieś ciekawe awantury z udziałem kiboli OM? Czy Francuzi mają w ogóle ekipy chuligańskie?
Ekip chuligańskich trochę jest, tyle że są nieliczne, kilkunasto lub kilkudziesięcioosobowe. Kilka lat temu europejski poziom miały CU84 i Boulogne Boys z PSG. Paryżan wykończyły represje, o CU wypowiadałem się wcześniej. PSG jednak nadal stara się trzymać fason, choć także mają konflikty wynikające z istnienia kilku ekip na stadionie oraz problemy biorące się z nacjonalistycznego wizerunku niektórych z nich. Druga obok PSG największa kosa OM to Bordeaux, tam też mają ekipę, była nawet ustawka z nimi na przedsezonowym sparringu. Poszukiwacze przygód są też w St.Etienne, Nicei, Lyonie, Sochaux, Lille, Lens, Nimes, Nantes, Metz i na pewno jeszcze kilku innych. Ciekawy jest na przykład Red Star Paris. Taka Polonia Warszawa sprzed 15 lat… Byłem u nich na meczu (na zaproszenie jednego z liderów, który jeździ także „prywatnie” na OM). Ekipa RSP to kilkudziesięciu chłopaków z dzielnicy oraz grupka apolitycznych skinheadów. Swego czasu próbowali stawiać się dla PSG, ale na któryś mecz wpadła im konkretna banda z Lasku Bulońskiego i ich pozamiatała. Od tego czasu kibice klubu założonego przez Pierre Cubertaine’a, którego barwy są wzornikiem dla marki piwa Heineken, musi uznawać bezwzględną supremację PSG.
Największym szacunkiem we Francji darzę RC Lens. To miasto i ten klub jest przesiąknięte polskimi tradycjami (emigracja górnicza), dlatego jechałem na ten wyjazd sam, od razu deklarując, że w tym mieście będę piknikowo, bo nie chciałbym tłuc się z jakimś polonusem. Miasto zrobiło na mnie bardzo fajne wrażenie, czysto, bez przepychu ani emigrantów (chociaż jakiś mini-meczet mieli, hehe, akurat w domu, pod którym piłem piwo z pewnym kibicem OM z okolic Lens).W pubach sporo konkretnie i kumato wyglądających ludzi, w sam raz na francuską wersję Football Factory :-). No i bach, gdy zjawiłem się pod stadionem, zastałem awanturę jak w FF właśnie! Lens wjechało w marsylczyków konkretnie i na same pieści. Gdyby nie CU, przepędziliby całe OM, a tak wyszło na remis. Szacun.
Nasza największa wtopa to Lille. Miejscowi weszli do knajpy, w której CU84 urzędowało od kilku godzin. Lille było 50 typa i chcieli walki ekipa na ekipę. W CU nadawało się do czegokolwiek może 10 osób. Oddano walkę walkowerem, Wstyd, którego nie zmazało późniejsze zebranie się i wyjście na miasto, już bez skutku…
Najskuteczniejsza – choć niewielka co do uczestników – akcja to trafienie Toulonu (kiedyś największa kosa OM) w Martigues. Flaga, szale, oklep lidera rywali. I to pod nosem policji, która w kilka radiolek obstawiała mecz okręgówki… Kilku powiniętych, ale dzięki honorowemu zachowaniu Toulonu, skończyło się na mandatach – „bo nic się nie stało”. Co ciekawe, w akcji brali udział ludzie ze starej gwardii, na których Winnersi wydali wyrok śmierci w więzieniach… Tak więc konspira dotyczyła policji oraz pomarańczowych, którzy nie wahaliby się strzelić z ucha gdzie trzeba…. Masakra, prawda?
Największy bagarre to jednak OM – PSG jesienią 2009. Umówiliśmy się z PSG na awanturę pod stadionem, przy naszej knajpie, bo „pod latarnią najciemniej” przecież, nikt by się takiego bezczelnego numeru nie spodziewał. PSG zostało jednak przechwycone w dzielnicy Vieux Port. Postanowiliśmy zatem udać się do centrum. Wyruszyliśmy w jakieś 50 osób (w tym FC Sevilla), ale po drodze przyłączali się czujący pismo nosem ludzie… Do Portu dotarło nas kilka razy więcej. I już nikt nie panował nad sytuacją. Tłum ruszył na kordon policyjny i zaczął się rozpiździel na pół Marsylii, prawdziwy Dzień Chaosu. Do wojny z policją dołączali się przypadkowi ludzie siedzący wcześniej w restauracjach, lub jeżdżący na skuterach i byli to nie tylko młodzi mężczyźni. Nigdy nie zapomnę widoku ojca z córką, normalnie wyglądających obywateli, którzy po zejściu z motoru zaczęli rzucać czymś tam w policję 🙂 My próbowaliśmy dostać eis do PSG, ale bezskutecznie. Ja zostałem nawet zgarnięty przez tajniaków udających fotoreporterów, ale wypościli mnie, gdy okazało się, że jestem żołnierzem, nie kasując mi nawet zdjęć w aparacie!
Ehh, dobre, beztroskie czasy. Gdyby nie tęsknota za Polską… Ale pozostały wspomnienia, fajnych chwil i fajnych ludzi. Fiere d’etre Commando Ultra!
Dzięki za konkretny wywiad!
Opis pochodzi z TMK Plus nr 42

________________________________________________________________

GRUPY OFICJALNE, GRUPY NIEFORMALNE

Na początek tego artykułu dotyczącego kibiców z Lizbony chciałbym przybliżyć fanatyków Sportingu. Na jego trybunach działają cztery grupy ultras (najwięcej w kraju) – „Juventude Leonina” (Juve Leo), „Directivo Ultras XXI”, „Torcida Verde” oraz „Brigada Ultras”. Każda z nich zasiada w innej części stadionu i tworzy osobny młyn oraz zupełnie oddzielną strukturę organizacyjną. Na dzień dzisiejszy grupy te żyją ze sobą w zgodzie, choć nie zawsze tak bywało. Przy tego typu podziałach oczywiście w przeszłości dochodziło do nieporozumień.
Jedyna akceptowana przez wszystkie grupy Sportingu zgoda to Fiorentina. Ponadto „Juve Leo” trzyma z Partizanem, a „Torcida Verde” z Hammarby Sztokholm. Kiedyś przewijał się temat przyjaźni z gdańską Lechią (opartej na zbieżności barw), lecz tak naprawdę to tylko sympatia i sporadyczne kontakty.
„Juve Leo” jest najstarszą i najliczniejszą grupą kibicowską kraju, założoną już w 1976 roku przez… synów ówczesnego prezesa klubu. Ekipa zasiadła na trybunie południowej i zaczęła kibicowanie zafascynowane stylem brazylijskich torcid, z wielkimi flagami itp. Później jednak zwróciła się ku stylowi włoskiemu (choreografie, piro), podobnie jak wszystkie inne grupy w Portugalii, może z wyjątkiem „No Name Boys” Benfiki, o których za chwilę. Dawniej „JL” dość często dawali o sobie znać podczas incydentów chuligańskich (zdobyli m.in. flagi AS Roma i Victorii Guimaraes), a ich podgrupa o nazwie „1143” (rok powstania Portugalii) miała charakter prawicowy, lecz dziś jest już niewidoczna.
W latach 90. „Juve Leo” łączyły dobre stosunki z „Super Dragoes” (FC Porto) oraz „Mancha Negra” (Academica Coimbra). Ponoć do dziś miewają od czasu do czasu pakt o nieagresji z „Super Dragoes” we wspólnej walce z Benficą.
„Torcida Verde” powstała w 1982 roku w wyniku oddzielenia się części członków „Juve Leo”, którym nie pasował kierunek, w którym ówczesni liderzy rozwijali ekipę. Nowa formacja rozpoczęła doping również na sportach halowych, a nawet… lekkoatletyce. Szybko zasłynęła z dużej ilości flag, które dotychczas są jej cechą charakterystyczną. Od początku prowadzili kampanię antyrasistowską (dziś we wszystkich grupach Portugalii można spotkać sporo murzynów), przez długie lata słynęli też z odważnych opraw antysystemowych i sprzeciwiających się korupcji w futbolu. Jak na ironię losu to właśnie oni jako pierwsi poddali się i zarejestrowali swoją działalność w rejestrze o nazwie Conselho Nacional do Desporto (CND), spełniając tym samym warunki klubu, który od tej formy legalizacji uzależnił dalszą współpracę.
„Directivo Ultras XXI” zostali założeni dużo później, dopiero w 2002 roku. Zasiedli na trybunie północnej. Początkowo nie było im łatwo, gdyż wiele osób kwestionowało zasadność tworzenia trzeciej grupy na Sportingu. Stopniowo jednak zostali formacją numer dwa pod względem liczby członków. Nie zawsze podobało się to liderującej „Juve Leo”, najwidoczniej obawiającej się utraty swojej pozycji. „DUXXI” byli nawet krojeni z flag przez „JL” i dyskryminowani w inny sposób. Jednak te animozje należą już do przeszłości.
„Brigada” jest niewielką grupą założoną w 2004 roku przez byłych członków „Torcidy Verde”, którzy odeszli, gdyż ich zdaniem liderzy „TV” układali się z policją. Dziś jednak ma dobre stosunki z wszystkimi grupami na Sportingu.
Przejdźmy do Benfiki. Najstarsza grupa kiboli SLB nazywa się „Diabos Vermelhos” i powstała w 1982 roku. Grupa ta od początku stawiała na styl włoski – choreografie, melodyjny doping, racowiska itp. W latach 80. zanotowała bardzo dynamiczny rozwój, który nieco przystopował w kolejnej dekadzie, gdyż w 1992 roku narodzili się „No Name Boys” (w wyniku konfliktu wewnątrz „Diablosów”). Ta ekipa od samego początku postawiła na zupełnie inny styl, niż wszystkie poprzednio założone portugalskie grupy ultras. Choć też robiła czasem proste oprawy, to jednak można powiedzieć, że starała się działać bardziej w stylu angielskim. Od zawsze starała się być niezależna i undergroundowa, o luźnej, nieformalnej strukturze. „NNB” nie mieli ani strony internetowej, ani oficjalnej listy członków, co było unikatem w skali kraju. Na trybunach obywali się bez bębnów, megafonów i całego tego, wydawałoby się niezbędnego, asortymentu. Wystarczało im parę flag na kijach i na płocie. Liderzy „NNB” zawsze starali się pozostać w cieniu, lub wręcz incognito. Stąd też wziął się przydomek „Chłopcy bez nazwy”, którym członkowie grupy chcieli pokazać, że identyfikacja za pomocą nazw i cała ta zabawa w tworzenie oficjalnych grup są niepotrzebne! Trochę taki dawny polski styl na portugalskiej ziemi! Spodobał się na tyle, że zaledwie po dwóch latach istnienia określano szeregi ekipy na 5000 osób! Ekipa „NNB” unikała rozgłosu, ale ten i tak szybko ją dopadł, za sprawą profilu jej działalności. Grupa skupiła bowiem w swoich szeregach najagresywniejszych fanów Benfiki, dość często awanturując się i przeprowadzając akcje chuligańskie. W 1996 roku w wyniku incydentu na Finale Pucharu Portugalii z ich ręki zginął fan Sportingu, co dla „NNB” o mało nie skończyło się zakończeniem działalności. Gazety miały więc o czym pisać. W sumie tak pozostało do dziś. Jak dowiedziałem się od kibica Sportingu, czasem „NNB” pojawiają się nawet w zwykłe dni tygodnia pod stadionem rywali, ganiając pojedynczych fanów „Zielonych” (których można tam spotkać w dni powszednie ze względu na siedziby swoich grup), co nie jest normą w dość spokojnym kraju, jakim jest Portugalia. „No Name Boys” mają dobrą zgodę z „Torcidą” Hajduka Split.
Rokiem, który odmienił wszystko na portugalskiej scenie kibicowskiej był rok 2007. Wtedy to władze, rozpędzone w swojej wizji wprowadzania „modern football”, wprowadziły obowiązek legalizacji grup kibicowskich, które musiały zapisać się do wspomnianego rejestru Conselho Nacional do Desporto. Bez spełnienia tego wymogu nie można było liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony klubu, czy to w postaci biletów na mecze, czy też udostępnienia pomieszczeń na kibicowską działalność. Grupy nie zarejestrowane nie mogły ponadto oficjalnie zbierać się na stadionie, czego konsekwencją był zakaz wieszania flag i symboli takich „nielegalnych” grup! Rzecz oczywiście wywołała sprzeciw i kto wie, jakby się to skończyło, gdyby wszystkie grupy solidarnie zbojkotowały to zarządzenie. Jednak zerwanie kontaktów z klubami oczywiście narażało grupy na liczne trudności, w tym na kłopoty finansowe. Znaleźli się więc tacy, którzy poszli na współpracę. Pierwszą grupą, która zdecydowała się uczestniczyć w rządowym projekcie była „Torcida Verde”, za nią poszła reszta grup Sportingu, FC Porto i sporo innych. Nie ugięła się Benfica, Academica, Belenenses i parę mniejszych ekipek. Myszkując po internecie odkopałem stary artykuł z portugalskiej prasy, z końcówki 2007 roku. Stoi w nim, że trzy ekipy nie zakończyły pomyślnie procesu rejestracji – „Diabos Vermelhos” (Benfica), „Frente de Leiria” (União de Leiria) i „Energia Tricolor” (Estrela da Amadora). W związku z powyższym nie zostały wpisane do rejestru. Natomiast 11 grup przebrnęło przez legalizację „pomyślnie”. Były to „Torcida Verde”, „Directivo Ultra XXI”, „Juventude Leonina” i „Brigadas Ultra Sporting”, dwie ekipy FC Porto „Super Dragões” i „Colectivo Ultras 95”, a także grupy „Colectivo Maravilhas Associação” (Naval 1º de Maio), „Associação Panteras Negras” (Boavista Porto), „Associação Esquadrão Maritimista” (Marítimo) i „Mosca Knights Clube” (Clube Desportivo Olivais e Moscavide).
Istniała ponadto grupa ekip, które w ogóle nie były zainteresowane procesem legalizacji. Wymieniono tu „No Name Boys” (Benfica), „Fúria Azul” (Belenenses), „Yellow Boys” (Paços de Ferreira), „Ultras Alvi-Negros” (Nacional), „Templários” (Marítimo), „Mancha Negra” (Académica Coimbra), „Insane Guys” i „White Angels” (Vitória Guimarães) oraz „Máfia Vermelha” (Leixões).
Tak wygląda obecnie portugalska scena kibicowska. Jedni poszli na współpracę, wybrali łatwiejszą drogę, pełną „ptasiego mleczka”, w zamian za porzucenie ważnej części swoich ideałów. Dziś ich trybuny wyglądają pozornie normalnie – robią oprawy, wieszają flagi z nazwami swych grup, pełne napisów „Ultras”, mają swoje siedziby i magazyny na stadionie, oficjalne sklepiki grupowe itp. Nawet zaczyna się pojawiać jakieś legalne piro, odpalane bezpiecznie, z murawy, niczym pokazy wyspecjalizowanych firm zamawiane na Sylwestra. Wszystko to przypomina ładne opakowanie, które jednak w środku jest puste… Tacy „Ultras”, którzy niewiele mają już wspólnego z oryginalnym znaczeniem tego słowa.
Drudzy woleli pozostać sobą, ale płacą za to wysoką cenę. Marginalizowani na trybunach, pozbawieni możliwości robienia wielu rzeczy, które mogą „legalni fani”. Wolni kibice, raczej bez przyszłości, lecz z drugiej strony wciąż silni i istniejący, bo przyciągający te bardziej niepokorne, twarde jednostki. Sądzę, że to dlatego trybuna „No Name Boys” – choć już bez flagi z nazwą grupy i bez oprawy – na derbach była pełna, kipiała energią oraz emanowała wolnością. Kto wie, może to da jej siłę, by przetrwać?
Na zakończenie kamyczek wrzucony na własne podwórko. Czy po przeczytaniu tych słów odczułeś choć cień pogardy dla kibiców Sportingu? Czy uważasz, że należy ich potępić? Zanim to zrobimy, warto najpierw spojrzeć na polskie realia i uderzyć się w pierś. Patrz! Nasze stowarzyszenia same się zarejestrowały, bez większych oporów przybiły listy wyjazdowe i podpisały rozliczne umowy z klubami, mając z tego kasę. Dzięki temu jakoś tam sobie funkcjonujemy, nie odchodząc w organizacyjny niebyt. Szczycimy się, że się nie dajemy i mamy mocną scenę kibicowską. Patrzymy sobie z boku, jak topnieją ultrasi Benfiki i liczne ekipy włoskie (choć i we Włoszech ekip, które podjęły legalną formę działalności nie brakuje). Być może niedługo uda się nawet doprowadzić do legalizacji pirotechniki w jakiejś karykaturalnej formie, skąd blisko już do oficjalnego, do bólu komercyjnego show pod tytułem „Klub kibica przedstawia oprawę wizualno-dźwiękową meczu”. Tylko czy to naprawdę jest to, czego chcemy?

„J”

Opis pochodzi z TMK Plus nr 43

________________________________________________________________

Kibole. Gasnący temat

W cieniu sprawy Mariusza Trynkiewicza i medialnego gwaru z nią związanego, kibice piłki nożnej, po cichutku, przygotowują się do inauguracji rundy wiosennej polskiej Ekstraklasy. Nie przypadkowo postanowiłem skupić się na tej kwestii, ponieważ dyżurny temat zastępczy, o którym media prorządowe w obliczu ostatnich wydarzeń oraz zimowej przerwy w rozgrywkach zapomniały, zdaje się powoli tracić na swojej mocy.

Na wybudzonych z amoku dziennikarzy, którzy chcieliby znów poznęcać się nad środowiskiem kibicowskim, czeka niemiła niespodzianka w postaci raportu opublikowanego przez PZPN. Dokument, który zamieściły władze związku na swojej oficjalnej stronie internetowej zawiera szczegółową analizę dotyczącą poziomu organizacji oraz bezpieczeństwa na polskich stadionach, datowaną na jesień sezonu 2013/2014.
W publikacji znajdziemy dane będące wynikiem pracy Delegatów Meczowych PZPN, a także informacje przekazywane przez same kluby. Jakie wnioski nasuwają się po przeczytaniu 55 stron raportu? A no takie, że na stadionach jest bezpiecznie. Na 168 spotkań, rozegranych na poziomie Ekstraklasy, zaledwie 5 zostało na krótko przerwanych. Szczebel niżej, czyli podczas rozgrywek klubów I-ligowych, przypadków krótkotrwałego przerwania meczu było jeszcze mniej, ponieważ sędzia zmuszony był do podjęcia takiej decyzji tylko dwukrotnie na 162 spotkania. W przypadku II-giej ligi, mecze przerywane były szcześciokrotnie, ale warto zaznaczyć, że rozgrywki te dzielimy na grupę wschodnią i zachodnią co w efekcie daje nam 322 spotkania. Dodatkowo w raporcie możemy znaleźć informacje odnośnie charakteru incydentów, które miały miejsce podczas imprezy sportowej. I tak, w Ekstraklasie, incydentami o największej skali, występującymi 110 razy były wulgarne okrzyki, na drugim miejscu z liczbą 34 incydentów znajdziemy użycie środków pirotechnicznych, zaś tak podnoszone przez antykibicowskie media zamieszki, miały miejsce 6 razy w okolicy stadionu i 5 na samym stadionie. Oczywiście za chwilę odezwą się głosy, że i tak jest ich zdecydowanie za dużo, ale każdy kto chociaż trochę interesuje się tym tematem zauważy drastyczny spadek oraz nieporównywalnie mniejszą skalę takich zachowań. W obliczu tych liczb, z rąk dziennikarzy TVN-u i Gazety Wyborczej, wytrącony został oręż, za pomocą którego polskie stadiony przedstawiane są jako siedliska bandytów terroryzujących wszystkich dookoła. Świadczy o tym fakt, że sam raport, opublikowany 4 lutego, został w mediach głównego nurtu praktycznie przemilczany. TVN na swojej stronie internetowej próbuje wprawdzie obalić ogrom argumentów zawartych w dokumencie sugerując, że dzikie hordy skupiające się na arenach sportowych to nadal wielki problem lecz wygląda to wyjątkowo nieudolnie. Pośród argumentów, które możemy przeczytać, zaledwie jeden – dotyczący zamieszek w Bydgoszczy, przy okazji meczu Zawisza – Widzew – rzeczywiście ma swoją wagę, pozostałe, traktujące o wielkim zagrożeniu płynącym ze strony rac i sektorówek, można zbyć pustym śmiechem.

Raport PZPN godzi również w kompetencje policji. Na podstawie przedstawionych faktów, czarno na białym widać, że kibice na stadionie – poza incydentalnymi przypadkami – nie sprawiają większych problemów. W związku z tym, prośbę wystosowaną pod koniec listopada zeszłego roku, przez szefa policji Marka Działoszyńskiego w stronę prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, aby kilka ostatnich kolejek rundy jesiennej zostało rozegranych bez obecności kibiców gości, traktować można jako wyraz bezsilności stróżów prawa. „Dalej zabezpieczamy za miliony złotych na koszt polskiego podatnika przejazdy kibiców, a kibole nadal mają okazję do tego, żeby sobie wyjechać i bawić się kosztem nas wszystkich” – tak skomentował odmowę Zbigniewa Bońka na postulaty wysuwane przez mundurowych rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji. Równie dobrze każdy z nas mógłby powiedzieć, że „po to co miesiąc płacę podatki, żebyście w końcu poradzili sobie z tym problemem, zamiast wylewać dziecko z kąpielą, zabraniając ludziom – często Bogu ducha winnym – wejścia na stadion”. Zresztą czy rzeczywiście problem był tak poważny? Według danych, które podaje portal stadiony.net, w okresie gdy policja apelowała do PZPN-u o zamknięcie sektorów gości, na 136 meczów Ekstraklasy, tylko 16 razy miały miejsce incydenty związane z przejazdem kibiców z miasta do miasta. Czy rzeczywiście był to powód do podnoszenia alarmu? Czy może po prostu chęć umycia rąk i odłożenia na jakiś czas tematu, który wymaga trochę więcej pracy? W przypadkach zabezpieczania transportu grup kibiców, policja nigdy nie ma do czynienia z agresywnym zachowaniem całej grupy, zazwyczaj są to przypadki jednostkowe, więc dlaczego cała reszta miałaby zostać pozbawiona wyjazdu na mecz swojej ukochanej drużyny? Na tej podstawie widać jak zaniedbana została praca prewencyjna, która przecież powinna być przyczółkiem do eliminacji stwarzających zagrożenie jednostek. Zamiast tego mamy do czynienia z absurdalną deklaracją bezradności, która dodatkowo została opublikowana we wszystkich możliwych mediach. W żadnym cywilizowanym kraju, konsekwencji za zachowanie części osób, nie ponosi cała grupa społeczna, za jaką można uznać w tym przypadku fanów piłki nożnej. To samo zresztą tyczy się stadionu Legii i jego niedawnego zamknięcia przez wojewodę w wyniku odpalenia rac przez kilkadziesiąt osób, ale to już temat na dłuższą debatę. Problem kibiców nie leży po stronie PZPN-u, co najchętniej wmówiłaby wszystkim policja, lecz po stronie samych mundurowych, a opublikowany niedawno raport dobitnie o tym świadczy. Kluby potrafią poradzić sobie z bezpieczeństwem na stadionie, a po to wszyscy płacimy podatki, żeby policja potrafiła zadbać o jego zapewnienie również poza nim. Zresztą mając w pamięci niedawne zachwyty nad pracą jaką wykonali stróże prawa przed Euro 2012, co w konsekwencji przełożyło się na zredukowanie liczby chuligańskich wybryków i bezpieczeństwo na stadionach (taki był medialny przekaz), prośby kierowane w stronę PZPN-u brzmią groteskowo. Tak wielką imprezę byli w stanie zabezpieczyć, a przejazd kibiców raz na tydzień już nie? Gdzie tu logika?

Publikacja PZPN-u dotycząca bezpieczeństwa na stadionach to niesłychanie ważna inicjatywa, zawężająca pole do manipulacji wszystkim, którzy chcieliby po raz kolejny ugrać dla siebie kilka punktów, oblewając pomyjami wizerunek przeciętnego kibica. Środowisko pseudokibiców oczywiście istnieje i co do tego nie można mieć wątpliwości, ale trzeba być jednocześnie mocno odpornym na fakty, by nie dostrzegać jego marginalizacji. Jeżeli tendencja o której mowa w raporcie nadal się utrzyma, niektóre media będą musiały skupić się na poszukiwaniu innego tematu zastępczego o podobnej skali oddziaływania. Dodatkowo, na podstawie tej analizy, można zauważyć jaka jest rzeczywista przyczyna nagonki na środowiska kibicowskie. Nie zadymy, bo przecież ich jak na lekarstwo, nie rasizm i antysemityzm, bo raport mówi o zaledwie jednym takim przypadku, co więc jest solą w oku GW, czy TVN? A no patriotyczny charakter, który prezentują polskie stadiony. Upamiętnianie rocznic, oddawanie należnego szacunku bohaterom, czyli coś, co w rzeczywistości kreowanej przez wspomniane wyżej media jest niekoniecznie trendy. Mam nadzieje, że liczby, które do publicznej wiadomości podał piłkarski związek przemówią niektórym do rozsądku i pozwolą spojrzeć na tą sprawę chociaż raz w sposób obiektywny.

Autor: Damian Zieliński

________________________________________________________________

ROZGOTOWANE SPAGHETTI

Jaka z grubsza jest sytuacja we włoskim ruchu kibicowskim większość z nas wie. Tylko ignorantem trzeba być, by twierdzić, że w zasadzie nas to nie interesuje i że to nie nasza sprawa. Otóż okazuje się, że jak najbardziej nasza. Nowy prezes PZPN – Zbigniew Boniek chce bowiem przenieść parę wzorców z tamtejszej sceny na nasze realia. A że Zibi na co dzień mieszka w Italii od kilkudziesięciu lat, więc zna tamtejsze meandry rozwiązań walki z kibolstwem doskonale. Warto więc wiedzieć jak wygląda sytuacja od środka – co w trawie piszczy.
Mija szósta rocznica śmierci policjanta Fillippo Racitiego zabitego podczas pamiętnych derbów Sycylii oraz kibica Lazio – Gabriele Sandri zamordowanego przez policjanta w drodze na mecz swojego klubu. Myli się ten, kto sądzi, że od tego czasu polityka Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (bo to ten organ podjął szereg decyzji niszczących ruch kibicowski) zmieniła się, bądź zelżała. Włosi do tego stopnia wpadli w furię po przegranych wyborach z Polską i Ukrainą na organizatora Euro, że postanowili całkowicie wyprzeć tych, przez których w ich oczach Italia nie dostała prawa organizacji tego wielkiego turnieju. A właśnie śmierć funkcjonariusza Racitiego miała miejsce na dwa miesiące przed wyborem zwycięzców walki o finały Euro. Włosi przegrali nieznaczną ilością głosów, ale w kuluarach głośno mówiło się, że przyczyną ich porażki były właśnie chuligańskie ekscesy na stadionach, które wtedy jeszcze we Włoszech miały dość powszechnie miejsce. Jakiego kopa gospodarce krajowej daje organizacja takiego Euro sami dobrze wiemy. Widać to po naszych stadionach i drogach, pomimo że nie wykonano ich tyle, ile zakładano. Bez Euro nie powstałoby jednak prawie nic. Gdyby nie Euro Polska w czasach głębokiego europejskiego kryzysu nie ostałaby się jako „zielona wyspa”. To są fakty niezaprzeczalne. Tymczasem we Włoszech decyzje na najwyższych szczeblach po przegranych wyborach okazały się na tyle restrykcyjne dla ruchu kibicowskiego, że stadiony opustoszały i wyludniły się także ze zwykłych spokojnych kibiców. Ludzie, którzy kochali calcio kochali także wolne kibicowanie, piękne oprawy, czy pirotechniczne show. Skończyło się kibicowanie, skończyła się i wysoka frekwencja. Włosi swą miłość do piłki ze stadionów przenieśli w domowe zacisze przed telewizory. Tam przecież teraz tak jak i na stadionie – nie ma żadnej atmosfery, więc po co marznąć na dworze, siedzieć na niewygodnym krzesełku, skoro o wiele bardziej komfortowe warunki ma się w domu. Jest ciepła kanapa, można leżeć, są powtórki… Płatna telewizja we Włoszech przeżywa złote lata – wreszcie z trybun na stałe usunięto tych, którzy całe lata przeciwko płatnej telewizji protestowali niemal na każdym włoskim stadionie. Teraz Włosi mają calcio w domu – i podczas sobotniowieczornej pizzy i podczas pożerania kolejnych rurek pene czy nitek spaghetti w niedzielne wczesne popołudnie. Żeby zabić dążenia kibolskiego środowiska do większej wolności, włoski rząd i krajowy związek piłki nożnej przedstawili ostatnio z wielkim namaszczeniem, że oto wyszła na świat milionowa karta tessera. Czyli, że są kibice, którzy akceptują bezpieczeństwo i ogólnopojęty brak wolności – jest ich już ponad milion. Ostro… To niby też oznacza, że wciąż wzrasta zainteresowanie towarem jakim jest liga włoska live ze stadionu. Co z tego, że wszystkie ekipy kibolskie to bojkotują (w dziwny zresztą sposób – zostając na stadionach, lecz nie wieszając swoich flag) i na wyjazdy z kartą podróżują same pazie. Dla związku piłkarskiego kibic, to kibic. Wszyscy w jednym worze. Po odejściu z rządu Ministra Spraw Wewnętrznych – Roberto Maroniego, który był głównym orędownikiem walk z szalikowcami, przyszła jednak odwilż ze strony najmniej oczekiwanej – czyli władz państwowych. Każdy posiadacz tessery może obecnie nabyć 4 bilety na mecz wyjazdowy dla kibiców bez tessery. Co z tego, skoro bez zmian pozostaje zapis słynnego art. 9, który głosi, że wszyscy kibice, którzy po 1990 roku dostali zakaz stadionowy (DASPO) nie mają prawa wstępu na mecze wyjazdowe swojego klubu dożywotnio. W każdej ekipie takich typów jest dziesiątki, z czołowych frakcji kibicowskich. Mocno jednak ułatwiono kibicom oglądanie meczów domowych, bo frekwencja we Włoszech sięgała już dramatu. Wszyscy bez wyjątku mogą nabyć tzw. Vouchery (do 10 meczów domowych) – to zdecydowane zwycięstwo fanatyków nad systemem. Kibole w tym aspekcie wygrali i rząd to wie, choć głośno się o tym nie mówi. Umożliwienie nawet zakazowiczom wchodzenia na mecze u siebie było możliwe dzięki uporowi ruchu kibicowskiego. Tak długo bojkotowano mecze, aż frekwencja spowodowała, że tematem zajęto się na najwyższym szczeblu państwowym. Mimo to wyjazdy nadal kuleją, a przykładem jak mogą się skończyć nieśmiałe próby powrócenia do starych czasów jest ekipa Ancona. Kibole tego klubu podczas wyjazdowego meczu na Jesinę we wrześniu zeszłego roku odpalili sporo rac. Kara, jaką otrzymali jest absurdalna – nieograniczony zakaz wyjazdowy. Na dobrą sprawę przy tym kara, jaką straszono kiboli Zawiszy (10 miesięcy bez wyjazdów) wydaje się być śmiesznie niska. Kibole Ancony wiedzą, że meczów swojego klubu z sektora gości nie zobaczą być może już nigdy. Mogą więc zmieniać hobby. To nie koniec paradoksów. Niedawno była tam też sytuacja, jaka jest notorycznie stosowana u nas na stadionach. 20 kiboli Fiorentiny bez tessery zasiadło na trybunach stadionu San Siro podczas meczu ich klubu na Interze Mediolan. Usiedli po przeciwnej stronie młyna Interu i w pewnym momencie się ujawnili, wstali i zaczęli śpiewać. Finał ich wyczynu jest taki, że wszyscy otrzymali długoletnie zakazy wyjazdowe. Podobna kara spotkała 47 kiboli Lecce, którzy bez kart tessera pojawili się na wyjeździe swojego klubu na Nocerinę. Wszyscy bez wyjątku wyłapali zakazy, bo w opinii policji tworzyli realne zagrożenie dla bezpieczeństwa. I tak mieli szczęście, bo włoskie prawo dopuszcza podciąganie awantur toczonych na stadionach pod wyrok związany z szerzeniem terroryzmu, za co w tym kraju grożą najsurowsze wyroki. Opisane przykłady pokazują bezduszność i brak litości systemu wobec wszelkich przejawów fanatyzmu. Kibice jednak wszystko by znieśli, gdyby nie grupowe zakazy wyjazdowe, które zabijają tamtejszą scenę. Jeszcze 10 lat temu kibice protestowali przeciwko płatnej telewizji i meczom rozgrywanym w sobotnie wieczory – „No al sabato” brzmiał slogan. Później żądano wolności dla zakazowiczów „Diffidati liberi”. W 2007 roku sprzeciwiano się wymysłom władz związku piłkarskiego i policji w kwestii opraw czy wieszanych flag na płot – walczono pod hasłem „No fax”. Co ciekawe żadna z tych akcji nie została wygrana przez kiboli. Dziś przyszedł czas na „Transferte libere”, czyli swoboda wyjazdów na mecze swojego klubu. W październiku 2012 Włosi przeprowadzili ogólnokrajową akcję pod tym hasłem. Było to tez uderzenie w te ekipy, które tesserę zaakceptowały i mogą swobodnie jeździć na wyjazdy, mając gdzieś tym samym kibicowską solidarność ze swoimi ziomkami, którzy mają zakazy i na wyjazdy śmigać nie mogą. Co gorsza takich ekip z każdym sezonem przybywa – jeszcze dwa lata temu tesserę akceptowały tylko trzy topowe piłkarsko ekipy – Milan, Inter i Juventus. Dziś do nich dołączyli Hellas Verona, Torino, Spezia, Nocerina i Brescia. Niby niewiele, ale to ekipy bardzo ważne dla włoskiego ruchu kibicowskiego. Dla odmiany ci, którzy są wciąż wierni idei ultra’ i nie chcą się zgodzić na tesserę, która uderza we wszystkich ziomków z ekipy z zakazami z końcem 2012 roku, wywiesili białe flagi. Do legendarnej CAV Fiorentiny oraz BAL Livorno, które rozwiązały się kilka lat temu doszły na przestrzeni 3 miesięcy trzy bardzo ważne ekipy – Vigilantes Vicenza, Ultras Nord Bari, Rangers Empoli. Dla niezorientowanych dodam tylko, że lata powstania tych ekip są dla 90% czytelników TMK prehistorią – odpowiednio 1978, 1976 i 1976. Wraz z upadkiem tych ekip odeszła też ważna część włoskiego ruchu kibicowskiego, bo następców nie widać, a nawet jak się pojawią, to bez tych samych zasad, jakie kultywowały te ekipy.
Sytuacja we Włoszech jasno pokazuje, co dzieje się, gdy brak na scenie kibicowskiej jedności. Podczas gdy jedni świetnie się bawią (w mniejszości), drudzy (większość) umierają wskutek wykrwawienia. Przecież rząd włoski i związek piłkarski mają świetny i silny argument w ręce – zaakceptujcie tesserę, a możecie trwać dalej jak Milan, Inter czy Juventus. Nie ma w tym ani krztyny solidarności z ziomkami z zakazami, ale przecież na szczytach władzy pojęcie lojalności czy wierności to rzecz bardzo wątpliwa.
Zanim więc przyklaśniemy prokibicowskiemu nastawieniu nowego prezesa PZPN, dajmy mu czas na odkrycie wszystkich kart, bo co nam będzie po legalizacji pirotechniki, skoro wprowadzona zostanie karta powodująca wyludnienie naszych młynów. Taka Stal Rzeszów kibicowsko przestałaby istnieć na stadionie w jeden dzień – wszyscy pamiętamy, jak wyglądało tam wszystko, gdy trzon ekipy miał zakazy. Jeśli pojawi się u Bońka chęć przeniesienia włoskiego zapisu o tesserze na nasze stadiony, to okaże się, że wykrwawimy się szybciej niż Włosi i rozgotowane spaghetti okaże się znacznie bardziej niestrawne, niż to zaserwowane na Półwyspie Apenińskim.

Tifosifoto / Felieton pochodzi z  „To My Kibice”

________________________________________________________________

LEGALIZACJA

Temat legalnej pirotechniki i „odwilży” wobec kibiców co jakiś czas powraca jak bumerang. Niedawno zrobił to ponownie, w postaci zapowiedzi prac nad złagodzeniem stadionowych przepisów. Dorzućmy do tego wieści z Norwegii, gdzie właśnie zalegalizowano race i odbył się pierwszy legalny pokaz pirotechniczny!
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, parlamentarzyści wespół z władzami piłkarskiej Ekstraklasy pracują nad liberalizacją ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych, bo chcą pójść kibicom na rękę, przywracając miejsca stojące, likwidując karty kibica, cofając zakaz odpalania rac oraz łagodząc przepisy o tzw. imprezie podwyższonego ryzyka, której organizacja kosztuje dużo drożej od zwykłego meczu. Dopóki kibice nie będą mogli łatwo przychodzić na stadion, polska piłka będzie miała problemy – uważa Zbigniew Boniek.
Zdaniem „Gazety Wyborczej” projekt poparło już Ministerstwo Sportu i Turystyki, prezes PZPN i przedstawiciele klubów. Policja „nie wszystkim zmianom się sprzeciwia”.
Dzięki tym rewolucjom władze chcą przyciągnąć na nowoczesne polskie stadiony więcej kibiców. Jeśli możemy bez problemu kupić bilet do teatru w innym mieście, to bez zbędnych formalności i wyrabiania kart kibica powinniśmy wejść na każdy stadion – argumentują. Heh, są to dokładnie te same argumenty, których od kilku lat bezskutecznie używają kibice 😉
Paradoksalnie temat powrócił w chwili, gdy premier znów zarządził zaostrzenie kursu wobec kibiców, do czego z zapałem zabrali się usłużni wojewodowie i komendanci. I tak mnożą się mandaty za rzucenie niedopałka, niedojazdy rzekomo niesprawnych technicznie autobusów na mecze, zakazy indywidualne i zbiorowe. W całym kraju bez powodu zamyka się trybuny… A tu nagle tam na górze zapowiadają, że czas zakończyć wojnę z kibicami!
Tylko czy my – polscy kibice – będziemy jeszcze potrafili bawić się w to wszystko na legalnych zasadach? Czy zalegalizowane, wrzucone w formalne ramy race i sektorówki nie wydadzą nam się zbyt dziecinne, zbyt ułożone? Tym bardziej, że prezesi zapewne będą wymagać od nas absurdalnych certyfikatów bezpieczeństwa, jak od materiałów służących do kartoniad na niektórych stadionach w Niemczech. Takie oprawy stałyby się dla nas nieatrakcyjne i kto wie, czy nie znikłyby z niektórych stadionów samoistnie, a nie wskutek odgórnych zakazów (które jak zawsze przynoszą skutek zgoła odwrotny 😉
10 lat temu bawiliśmy się w „ultraskę” na całego i początkowo wszystkim dookoła się podobało. Jednak zbyt wiele wydarzyło się od pamiętnego 2007 roku, gdy ogłoszono, że Polska będzie gospodarzem Euro i nasze stadiony przejdą rewolucję – również mentalną. Jeszcze więcej od 2011, gdy po Finale Pucharu Polski rząd po raz pierwszy wytoczył najcięższe działa przeciwko kibicom. Staliśmy się wrogiem numer 1 i sami jeszcze dokładaliśmy do pieca, angażując się w politykę i w ten sposób rewanżując się rządzącym za wszystkie represje, którymi nas nękali.
Wydaje mi się, że przez te kilka lat za bardzo przesiąkliśmy duchem konfrontacji i nielegalu, aby teraz po prostu zabrać się do „upiękniania trybun” niczym klasyczny klub kibica, nawet, gdyby miało się to odbyć z udziałem pirotechniki. Ostatnie lata minęły nam na nieustannej walce o swoje prawa, przesiąkliśmy buntem, w naszych głowach buzują antyrządowe i patriotyczne idee, a odpalona raca zbyt mocno już kojarzy nam się z kominiarką na głowie i chowaniem się pod flagami, aby teraz po prostu odpalić ją na pełnym luzie, przy oklaskach loży VIP i zachwytach mediów, które znów zaczęłyby wybierać „oprawy kolejki, miesiąca i roku”.
Być może oni faktycznie doszli do wniosku, że nie ma sensu z nami walczyć, a lepiej nas ucywilizować. Być może liczą też, że dzięki temu przed wyborami parlamentarnymi stadiony przestaną być twardym bastionem prawicy. Ja jednak wątpię, czy my sami jeszcze potrafimy być normalni. Atakując nas ze wszystkich stron przez parę długich lat sprawili, że ruch kibicowski stał się bestią o niezwykle twardym pancerzu i ostrych zębach. Sami tego potwora wyhodowali na ziemiach między Bugiem, a Odrą 😉
Ciekawi mnie też, kto poza Lechią Gdańsk (która usilnie drąży temat legalnej pirotechniki, z krokami prawnymi włącznie) mógłby na tą chwilę reprezentować kibiców w rozmowach na temat legalizacji. Czy byłby to OZSK, skoro właśnie opuścił go jeden z głównych filarów w postaci Legii? Czy też może Kolejorz, skoro w tej rundzie po pierwsze rozwiązał „Wiarę Lecha”, a po drugie postawił na bezkompromisowość, czego wyrazem był transparent na meczu z Żalgirisem Wilno?
Temat „odwilży” na razie traktujemy czysto hipotetycznie i takie też są niniejsze rozważania. Jeśli jednak faktycznie zmienią się przepisy, wówczas problematyka tego artykułu nagle stanie się tematem nad wyraz aktualnym. Czy to w ogóle nastąpi? Cudów jak wiadomo nie ma, a to, co zapowiada władza wydaje się właśnie cudem.

ARTYKUŁ POCHODZI Z MIESIĘCZNIKA „TO MY KIBICE”

________________________________________________________________

ZMIANA POSTRZEGANIA

To co najbardziej wkurzało dwa, czy trzy lata temu to medialny odbiór kibiców. Dziennikarze, „fachowcy”, politycy, tzw. opinia publiczna – wszyscy zdawali się zatrzymać w rozwoju i odbieraniu bodźców mniej więcej w 1997. Ruch kibicowski ewoluował, ba, kompletnie odmienił trybuny, ucywilizował się, założył sobie przeróżne ograniczenia, burdy zmieniły się w ustawki, fascynacje swastyką zostały zastąpione przez miłość do Orła i jeszcze większą nienawiść do komunizmu. Awantury przeniosły się ze stadionów na trasę, albo w ogóle w jakieś ustronne miejsca, ultrasi zaczęli tworzyć małe dzieła sztuki, liczby wyjazdowe wzrosły kilkakrotnie, a zamiast pięćdziesięciu fanatyków, zaczęły jeździć tysiące zwykłych kibiców. Spora część z nas zaczęła nawet narzekać, że to już nie to samo, że klimat lat dziewięćdziesiątych bezpowrotnie zaginął, zabity również przez samych kibiców organizujących się w stowarzyszenia i tym podobne.
Media, a w ślad za nimi zwykli „Kowalscy”, czy „Nowakowie”, wciąż jednak mieli w pamięci obraz szalonych trybun sprzed dekady, bezustannych przepychanek z policją i między sobą, zdemolowanych stadionów i dworców. Przez pewien czas takie niesprawiedliwe ocenianie kibiców irytowało, ale w końcu większość z nas stwierdziła, że tak zwyczajnie musi być. Nie da się wyreperować naszej opinii w mediach, nie da się akcjami charytatywnymi wymazać obecnej u nas nienawiści do wroga, czy policji. Umówmy się, że inicjatywy patriotyczne i charytatywne nigdy nie były robione pod publikę, ale wielu zwykłych kiboli liczyło, że „efektem ubocznym” takich działań będzie również zmiana wizerunku groźnego stadionowego bandyty. Tak się nie stało, więc większość przestała w ogóle myśleć o medialnym odbiorze własnych działań. Napiszą to napiszą, nie napiszą – trudno. Nazwą bandytami? Okej, niech sobie nazywają nawet i gwałcicielami, to tylko media. I właśnie w tym momencie, gdy kibice przestali zabiegać o sprawiedliwą ocenę, w mediach nastąpiło jakieś niesamowite przełamanie.
Przyczyny zmiany postrzegania kibiców u osób postronnych są jasne – zaangażowanie w politykę. Gdy prawicowi od lat fanatycy zaczęli otwarcie krytykować decyzje rządzących, jednocześnie uczestnicząc w coraz większej ilości imprez patriotycznych, czy charytatywnych – staliśmy się łakomym kąskiem dla przeróżnej maści politykierów i dziennikarzy. Pamiętam początki walki z „kibolstwem” po słynnym haśle „niespełnione rządu obietnice – temat zastępczy kibice”. Wówczas w mediach byliśmy sami. Nieliczne głosy poparcia pojawiały się ze strony dziennikarzy wcześniej aktywnie kibicujących, główny nurt zaś zupełnie pomijał nasze problemy, czy motywacje, skupiając się na przypominaniu przeróżnych „grzeszków”. Co ciekawe, każdy miesiąc owocował kompletną zmianą sytuacji. Gdy okazało się, że dziennikarze broniący kibiców zyskują sporo głosów poparcia, reszta dziennikarzy ruszyła krok w krok za pionierami. Efekt? W każdym szanowanym portalu piłkarskim znajdziecie „kibicowskie podsumowanie kolejki”, często do bólu wybielające nasze zachowania. Tupiąc śladami dziennikarzy, nie inaczej zachowują się politycy, czy tzw. „działacze społeczni”.
Kiedy okazało się, że kibice stanowią realną siłę, zdyscyplinowaną i zorganizowaną, momentalnie łasić do naszego środowiska zaczęli się goście ze wszystkich stron sceny politycznej. Pamiętamy choćby propozycję SLD dla kibiców Widzewa w wyborach samorządowych, czy nawet ciche ukłony składane przez niektórych pionków PO! Stanęliśmy w samym środku brudnej walki i naprawdę ciężko było rozróżnić „kto jest kim”. O ile dzisiaj już wiadomo, że poręczenia za „Starucha” były w wykonaniu kilku polityków zwyczajnym „public relations”, o tyle działania na przykład Przemysława Wiplera wyglądały (i wciąż wyglądają) na szczere. Dziś wiemy już jakie instrumentalne podejście ma wobec nas np. Krzysztof Feussete, jeden z wpływowych prawicowych dziennikarzy (póki kibicom było po drodze z PiS-em rozpływał się nad nami w zachwytach, lecz gdy duża część z nas dołączyła do tworzących się lokalnie ruchów narodowych, pan Krzysztof zmienił określanie kibiców na zwyczajowe „dzicz”) i mamy też orientację, kto w mediach jest z nami „naprawdę”, nie tylko na pokaz.
Kolejny przykład z życia wzięty – manifestacja pod aresztem w geście poparcia dla uwięzionego Piotra Staruchowicza. Cel szczytny, wdzięczność za pamięć oczywiście warta wzmianki, ale sposób w jaki całość została zorganizowana – wzbudzający wątpliwości. Na szczęście po kontakcie z SKLW i kibicami Legii manifestację odwołano, ale trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś tu chce być bardziej kibolski, niż kibole.
Z drugiej strony, nie warto generalizować. O ile dla wielu faktycznie jesteśmy instrumentem, to istnieje spora grupa osób, która faktycznie zmieniła postrzeganie. Przykład? Dział sportowy w portalu natemat.pl. Gdy pierwszy raz zadzwonili do mnie z prośbą o wypowiedź na temat kibiców węszyłem pułapkę, bo nie mogłem uwierzyć, że goście od Tomasza Lisa będą w jakikolwiek sposób bronić kibiców. Tymczasem okazało się, że w ich redakcji dział sportowy bezustannie toczy bitwę, by o kibolach pisać nieco rzetelniej, niż na podstawie słynnych „listów do redakcji od zniesmaczonego kibica”. Ciężko to przechodzi przez gardło, ale obecnie ich artykuły są bardziej rzetelne, niż przeróżne hymny na naszą cześć pisane na prawicowych blogach. Prosty przykład? Mecz z Rosją na Euro.

Wiadomo, że obie strony dążyły do starcia. Tymczasem część z naprawdę rozgarniętych dziennikarzy z naszej, prawej strony politycznej wpadło w pułapkę, określając mianem prowokatorów wszystkich dymiących, czasem wskazując na filmikach całe grupy kiboli jako tajniaków. Dla nich nie do zaakceptowania był fakt, że część naprawdę była tam wyłącznie po to, by sprawdzić się z Rosjanami. W takim wypadku przydałoby się trochę lodu na głowę i trzeźwe spojrzenie, które zaprezentowały media nieszczególnie utożsamiane z obroną kibiców. Tam można było znaleźć relacje uwzględniające zarówno postawę Rosjan tłukących dziennikarzy, jak i nasze zachowanie, bez histerycznego śpiewu o niewinnych Polakach katowanych przez policję i rosyjską hordę. Oczywiście tak naprawdę rzetelnych artykułów nie ma prawie wcale. Wszystkie są przeważone w jedną, lub drugą stronę.
Nie jesteśmy ani tak czarni, jak chcieliby tego nasi wrogowie, ani tak krystalicznie czyści, jak starają się to kreować nasi niektórzy „przyjaciele”. Dla których i tak w ostatecznym rozrachunku jesteśmy tylko kartką do głosowania w wyborach parlamentarnych, czy prezydenckich.

Kuba Olkiewicz / Felieton pochodzi z  „To My Kibice”

___________________________________________________________

PODWYŻSZONY IDIOTYZM

Sport zawsze wiąże się z ryzykiem. Nie trzeba biegać do bukmachera, czy inwestować w akcje klubów, by je poczuć. Zawsze ryzykujemy zdrowiem, w niektórych dziedzinach nawet życiem, często ryzykujemy reputacją, czasem pieniędzmi. Czy wobec tego sportowcy bojkotują zawody? Czy piłkarz przed meczem derbowym mówi: „niestety, istnieje spore ryzyko kontuzji w tym meczu, więc odmawiam udziału”? Brzmi trochę niedorzecznie. A jednak, w bezpośrednim sąsiedztwie widowiska sportowego, na trybunach piłkarskich, takie absurdy mają miejsce nagminnie.
Zacznijmy od samego początku – co rozumiemy przez mecz „podwyższonego ryzyka”? Cóż, pojęcie to funkcjonuje w naszym społeczeństwie już od dawna i dość adekwatnie do rzeczywistości definiuje poszczególne mecze piłkarskie. „Mecz o podwyższonym ryzyku wystąpienia działań chuligańskich, o podwyższonym ryzyku łamania prawa”. Mecze derbowe, czy starcia największych rywali faktycznie wywołują mocniejsze emocje, co nie zawsze ma pozytywny skutek. Pojęcie ukute przez policję i media słusznie zawiera przestrogę – to nie będzie piknik.
Jak powinna wyglądać praktyka? Policja podczas tego meczu pozostaje czujna, organizator zaś zwraca szczególną uwagę na bezpieczeństwo. Widzowie delektują się zaciekłą walką na doping, czy pomysłowe, zgryźliwe wobec rywala oprawy. Wiadomo, że nie brakuje wzajemnego obrażania – gdy spotykają się wrogowie, nawet szachy, albo konferencja naukowa może się zamienić w karczemne przerzucanie obelgami. Zasadniczo jednak mecz przebiega tak jak każdy inny, w końcu nie ma etykietki „spotkanie, podczas którego może wybuchnąć III wojna światowa”, tylko „spotkanie podwyższonego ryzyka”. Jakże boleśnie nasze wyobrażenie o meczach tego typu mija się z rzeczywistością…
Okazało się bowiem, że termin „podwyższonego ryzyko”, w założeniu mający ostrzegać sympatyków Widzewa przed meczami z Legią i ŁKS-em, fanów Wisły przed derbami z Cracovią i może meczami z Lechem, aktualnie jest wykorzystywany w dowolny sposób. Mecz Legia-GKS Bełchatów, gdzie goście nie wypełnią swojej klatki w 1/3, a obie grupy nie łączy, ani nie dzieli zupełnie nic – podwyższone ryzyko! Legia-Zagłębie Lubin? A jakże, podwyższone, jak każdy inny mecz Legii. ŁKS-Bełchatów? Podwyższone ryzyko, przecież to… derby województwa. I tak dalej, i tak dalej. Policja szafuje określeniem we wszystkie strony, więc – jak zawsze w takich przypadkach – opinia „podwyższonego ryzyka” zupełnie traci swoją wcześniejszą moc i jakikolwiek wyraz. Nie byłoby w tym w sumie nic złego, gdyby nie prawdziwe powody pochopnego ostrzegania o mitycznym „ryzyku”.
By poznać prawdziwe motywy policji nazywającej kolejne mecze „imprezami podwyższonego ryzyka”, należałoby się zagłębić w wypowiedzi samych funkcjonariuszy. Jeden ze śląskich rzeczników prasowych proponuje, by wszystkie mecze w rejonie uznać za mecze o podwyższonym ryzyku. Inny as, tym razem z Warszawy, zarządza, że gdy do Bełchatowa przyjeżdża 40 fanów Podbeskidzie Bielsko-Biała to jest to mecz „podwyższonego ryzyka”. Przecież to kompletny absurd! – zakrzyknie ktoś, kto nie zna policyjnych metod i realiów stadionowych. W praktyce bowiem jest to wyłącznie przygotowywanie gruntu pod zakazy wyjazdowe. Już teraz bowiem w mediach przewijają się policjanci, którzy apelują o wprowadzenie zakazu wyjazdowego dla wszystkich spotkań o podwyższonym ryzyku. W uproszczeniu: krok pierwszy to przekonanie wszystkich, że niemal każdy mecz w Polsce to spotkanie podwyższonego ryzyka, a następnie podjęcie niby-profilaktycznych środków zapobiegawczych, np. w postaci wprowadzenia zakazu wyjazdowego. Nie ma kiboli – nie ma problemu.
A to, że przy okazji łamie się konstytucyjne prawa obywatela do podróżowania w ramach RP, to że wyrzuca się do kosza termin taki jak „równouprawnienie bez względu na pochodzenie” (bo przecież zakaz oglądania spotkań dla gości to nic innego jak dyskryminacja ze względu na miejsce zamieszkania)… To wszystko bez różnicy. Raz na rok pokaże się trzydzieści sekund przebitek z awantur z lat dziewięćdziesiątych, potem wrzuci się Niesiołowskiego, który nazwie kiboli żulią i problem z głowy. I nie, przecież wcale nie chodzi o to, że przeszkadzają nam konserwatywne wartości na trybunach. Robimy to wyłącznie dla bezpieczeństwa…
Urząd, a potem Służba też miały w nazwie „bezpieczeństwo”.

Kuba Olkiewicz   / Felieton pochodzi z  „To My Kibice”

_____________________________________________________________

MYSZ POD MIOTŁĄ

Symboliczną myszą zdajemy się być my sami. Już nie ma szokujących informacji raz na jakiś czas, raz na miesiąc… Teraz dołujące wieści mamy co kolejkę. Doszło do takiego paradoksu, że niedawno w ekstraklasowej kolejce tylko 1 mecz odbył się z udziałem kibiców gości. Oprócz wojny oficjalnej na zamykanie sektorów i stadionów, toczona jest przecież wojna wyniszczająca, w której niestety my kibice stoimy na straconej pozycji – nie mamy dział, żeby ugodzić wroga. Mowa o przyznawanych zakazach. Taki gliwicki Piast bije wszelkie rekordy – ponad 300 zakazów od początku tego sezonu. Najczęściej przyznawane za byle bzdurę. Młyn Piasta na jesień zaczyna przypominać doskonale poustawiane marionetki – wolne przejścia (schody) aż biją po oczach. Nie są oni jednak jakimś ewenementem – takich przykładów jest mnóstwo. Gliwiczanie jednak mieli dość ciszy w tym temacie ze strony kibicowskiej Polski i sami wzięli sprawy w swoje ręce – protestują na swój sposób i według swoich wytycznych. Cała reszta, czyli my wszyscy, się dalej przygląda. Dopóki problem nie dotknie nas samych, wbijamy we wszelką solidarność. W maju 2011 roku wyłamy paru ekip spowodowały niepowodzenie protestu, który kroił się na szeroką skalę. Wcale nie z innej beczki jest fakt politycznego aspektu więzienia Starucha. Osoba niepokorna, której nie po drodze z nakazami i odgórnymi decyzjami, została na naszych oczach zamknięta i teraz trzymana jest za kratami pod byle pretekstem. Zaskakujące, jak spokojnie nasza scena do tego podchodzi. Staruch to przecież taki ruch kibicowski w pigułce – niezależny, kochający wolność i robienie tego co chce, a nie tego co mu wolno. Przecież odpalając racę nikogo nie krzywdził, nikt z tego tytułu nie doznawał uszczerbku na zdrowiu, morale itp. Wręcz odwrotnie – masy ludzi porywał swoją postawą, osobowością, umiłowaniem ruchu ultras. Okazał się jednak niewygodny, więc poszedł do usunięcia. Szokująca cisza nastała z naszej strony w tym temacie. Przecież to jawny zamach na naszą wolność, na ruch kibicowski, na to co kochamy. Władza kraju pokazuje, co dzieje się z takimi, którzy są niepokorni i my na to nie reagujemy, przechodzimy nad tym do porządku dziennego.

Mam wrażenie, że działania polskich władz mają charakter frontalnego ataku. Pitolenie się z pojedynczymi przypadkami nie przynosiło efektu, więc atak nastąpił wszystkimi możliwymi metodami – poprzez zaostrzenie przepisów, poprzez bardzo skrupulatne wypełnianie obowiązków przez policję (kary za bluzganie, stanie na schodach itp.), poprzez medialne udupienie nas do cna, byśmy nie mieli nawet krztyny poparcia w społeczeństwie, pomimo, że nasze racje poparłby każdy Kowalski ceniący sobie wolność, a nie wszechobecną inwigilację.

Obawiam się, że działania władz, policji, klubów i decydentów PZPN przerastają nas samych. Odczuwam to tak, jakbyśmy nie wiedzieli co z tym zrobić, bo jesteśmy z tylu stron atakowani, że nie mamy na to recepty. A co najgorsze, sami doskonale wiemy, że na naszej scenie próżno szukać pełnej jedności. Jedni mają dobre układy z klubem, inni mają za duże profity z tego, że nie robią problemów swojemu klubowi, jeszcze inni są święcie przekonani, że bez ich obecności na trybunach ich klub upadnie, bo zabraknie kasy z wpływów za bilety…

Skoro tak, to może właśnie tędy droga? Brak kasy spowoduje nacisk klubów na lokalne władze i policję. Podobnie wygląda sprawa z mediami. One nie miałyby zamiaru sprzedawać towaru pod nazwą polska liga, który swą atrakcyjnością przypominałby operę mydlaną. Może właśnie drogą walki nie są race i piro, które wywołały drakońskie i całkowicie bezprawne kary zamykania stadionów, a najzwyczajniej w świecie opuszczenie trybun? Pozostawienie ich cichych i szarych, bez flag, bez tego wszystkiego, co jest nasze, co my tworzymy. Czemu tak bardzo boimy się tego spróbować? Boimy się porażki? Śmiem twierdzić, że przyniesie to znacznie więcej dobrego, niż próby ratowania nas przez OZSK, które mimo, że istnieje, to nikt tego nie odczuwa. Bo z miesiąca na miesiąc żyjemy w coraz bardziej represyjnej rzeczywistości względem nas – kiboli. Pytam – co musi się stać, byśmy się obudzili? Policja musiała by nas zabijać? Przeanalizujmy:

– nigdzie w Europie nie używa się w walce z kibicami broni gładkolufowej – u nas to norma od 15 lat,

– nigdzie w Europie nie dostaje się mandatów za przeklinanie na stadionie – u nas owszem,

– nigdzie w Europie nie stosuje się kar grupowych poprzez nagminne i coraz bardziej ochoczo stosowane zamykanie stadionów – u nas jak najbardziej,

– nigdzie w Europie kibice nie są tak mocno traktowani jak bydło, którym nie jesteśmy. Jesteśmy ludźmi, mającymi TAKIE SAME PRAWO DO WOLNOŚCI JAK RESZTA SPOŁECZEŃSTWA!,

– nigdzie w Europie władza swymi decyzjami nie przyznaje, że nie potrafi wygrać z kibicami – u nas każdy ruch rządzących pokazuje słabość systemu.

Wiecie dlaczego tak to wygląda? Bo nigdzie w Europie ruch kibicowski nie ma tak silnego wpływu na życie klubów i wielu szarych ludzi i nie stanowi najsilniejszego niezależnego ruchu społecznego w kraju. Jesteśmy wielką siłą – podkreślamy swój patriotyzm, kochamy swoją ojczyznę – Polskę, ale i też tą małą – nasze kluby. Jesteśmy niepokorni, lubimy emocje związane z jeżdżeniem na mecze i całą otoczkę temu towarzyszącą. Nigdzie w Europie nie ma ustawiania się na wrogą ekipę jadącą na wyjazd w 150 czy 200 osób chuligańskiej bandy. Władza wie, że kibice są silni i niebezpieczni i udupiać nas będzie, dopóki się nie wykrwawimy. A to w końcu nastąpi, bo brak w nas jedności i chęci walki w jednej linii o to, co dla wielu z nas jest sednem życia. Mysz pod miotłą nie wygra tej wojny.

Obecny / Felieton pochodzi z  „To My Kibice”

_________________________________________________________________

CZAS W DROGĘ!

Wszystko ma swój początek. Pierwszy mecz, na który idziesz z ojcem bądź kolegami. I to przeświadczenie, że trzeba definitywnie pojawić się tu jeszcze raz. Zaraz na początku lub po kilku pierwszych meczach zauważasz, że samo siedzenie na meczu to nie wszystko i zaczyna Cię interesować to, co się dzieje w tej najbardziej aktywnej grupie kibiców. Oczywiście trzeba zrobić kolejny krok i dołączyć do nich. I tu zaczyna się prawdziwa zajawka. Aktywne uczestniczenie w życiu kibicowskim. Dawanie z siebie wszystkiego. Oprawy meczowe, wyjazdy, głośny doping na non stopie. Oczywiście bardzo ważna jest inspiracja, a tej szukać możemy wszędzie. Robiąc to wszystko w pewnym momencie zaczynamy rozumieć, że jesteśmy częścią kultury kibicowskiej.

Ta droga, pewnie tak oczywista dla wielu z nas, przedstawiona jest tylko jako punkt wyjścia do dalszych rozważań, które śmiało możecie potraktować jako pewnego rodzaju zaproszenie. Tekst ten dla czytających ma być w założeniu inspiracją do ruszenia w trasę po najciekawszych stadionach Europy i nie tylko.

Sam pamiętam, jak w pewnym momencie wpadł mi w ręce jeden z pierwszych numerów TMK+ i przyszło zrozumienie niby oczywistej rzeczy, że poza tym, co dzieje się na polskich stadionach, jest jeszcze na świecie cała masa ciekawych zjawisk, wydarzeń, meczy, które są godne naszej uwagi. Niby to oczywiste, ale sami pewnie wiecie, że można przesiąknąć polską sceną kibicowską i nie oglądać się na to, co w tym temacie ma miejsce poza granicami naszego kraju.

Jeśli chodzi o mnie to oczywiście zaczęło się od systematycznego czytania (wręcz pochłaniania) tych wszystkich artykułów/felietonów opisujących klimaty panujące na stadionach całego świata (od Ameryki Południowej przez Wielka Brytanię, na Bałkanach skończywszy). Jasną sprawą jest, że człowiek w końcu znajduje to co go kręci najbardziej i w moim przypadku były to klimaty wyspiarskie. Wiedziałem, że prędzej czy później muszę się ruszyć i zobaczyć na własne oczy jak to wszystko tam wygląda. Miałem to szczęście, że wylądowałem w Szkocji (powiązania rodzinne nie były tu bez znaczenia). Dzięki temu mogłem zobaczyć kilka meczy ligi szkockiej i przede wszystkim moich ulubionych Rangersów. Mój fart polegał też na tym, że „na dzień dobry” trafiłem do Daniela – człowieka, który w ruchu kibicowskim przesiedział wiele lat, a po wyjeździe z kraju pisał do TMK+ masę świetnych relacji i artykułów. Nie ukrywam, że właśnie to co on pisał było dla mnie w znaczącej mierze inspirujące. Szybko złapałem zajawkę i sam zacząłem powoli wprowadzać w życie plan, jakim były wyjazdy na mecze poza granice naszego kraju. Nie ukrywam, że mam swoje rozumienie celu takich wycieczek. Poza typowo osobistym (konkretne sympatie klubowe) jest jeszcze ciekawość jak funkcjonuje środowisko kibicowskie w danym kraju, poznanie jego kultury i przede wszystkim możliwość dzielenia się swoimi spostrzeżeniami z innymi.

Sytuacja, w jakiej znajdują się kibice w Europie (represje, zakazy, modern football) powoduje, że takie wyjazdy mają sens choćby dlatego, żeby mieć  jeszcze szansę zobaczyć wiele niesamowitych opraw, poczuć super klimat, którego w Polsce „znawcy futbolu” chcą nas pozbawić. Miło przecież obserwować odradzającą się scenę kibicowska w Niemczech. Wniosków istotnych dla nas możemy tam znaleźć całą masę. Choć oczywiście i tam pojawiają się problemy po tym całym boomie, który niedawno nastąpił.

Nie sposób zapomnieć o tym, co można zobaczyć przed i po meczu. Tu oczywiście każdy kraj będzie miał trochę inny klimat, ale to chyba zrozumiałe. Tworzenie więzi, łapanie kontaktów. Wszystko  piekielnie istotne dla zachowania naszej tożsamości.

Pisząc to wszystko mam świadomość, że dookoła mnie znalazło by się sporo osób z nieporównywalnie większym doświadczeniem w tym temacie. Jednak  pod wpływem swego rodzaju iluminacji pozwoliłem sobie na popełnienie tego tekstu. Jakiś czas temu zrozumiałem, że poza powodami czysto zajawkowymi takie wyjazdy mają od niedawna drugie dno. Nowe relacje, nawiązywanie kontaktów, wymiana doświadczeń – to wszystko w trudnych czasach może okazać się kluczowe dla nas samych oraz osób, które spotykamy na swojej drodze. Sami wiemy jak wygląda sytuacja u nas. Mamy świadomość, że wiele osób z klimatów jest zapatrzona w polska scenę kibicowską, że zawsze byliśmy uważani za atrakcyjny teren zarówno pod względem Ultras jak i Hools. Jednak sami widzimy problemy, z jakimi musimy się mierzyć… Któż bezpośrednio lub w pośredni sposób nie miał do czynienia z durnym zakazem stadionowym lub innym syfem? Nawet zapewnienia Bońka (typowo pod publiczkę) nie dają nam żadnej gwarancji na to, że będzie lepiej.

Dlatego ruszajmy w świat oglądać klasyki lub całkowite dziwactwa stadionowe (jak kto uważa), póki jest jeszcze na co popatrzeć, bo zorientowani widzą, że z tym różnie bywa. Niejeden pewniak co do wrażeń dzisiaj już jest tylko cieniem samego siebie. Czas ruszyć tyłek i poznać inne klimaty, wymienić opinie, doświadczenia, podładować baterie, zainspirować siebie i swoich znajomych. Utrzymywać wszystko co ważne dookoła nas w kupie, na pohybel nieprzychylnym. Super będzie, jak będziecie chcieli się tym z nami podzielić na necie czy w tym pisemku. Bo chyba po to ono istnieje? 🙂 Ja chętnie przeczytam. Podrzucę znajomym, a w końcu może i sam pojadę tam, gdzie Wy.

Szczota (KSZO Ostrowiec) / Felieton pochodzi z kwartalnika „To My Kibice Plus”

 ___________________________________________________________________

FANATYCZNE PIÓRA

Od dawna śledzę z wielkim zainteresowaniem polską scenę prasy i wydawnictw kibicowskich. Mówię o tej prasie niezależnej, nie takiej, która jest w jakikolwiek sposób dotowana przez kluby. Mam na myśli całkowity underground, nawet jak wydany do ogólnej sprzedaży, to wciąż podziemny w sensie metod powstawania czy chociażby samej idei. Wybiegając nieco przed szereg i myśląc o czasach obecnych, w ostatnim czasie na czoło wybija się bezapelacyjnie „Droga Legionisty” wiadomego autorstwa. Wiele ciekawych tekstów, widać, że pismo się rozwija, a autor jest człowiekiem chętnym do działania, pełnym pasji i nieprzeciętnej inteligencji. A że nie jest kibicem lubiącym siedzieć i łupać słonecznik na meczach swojego klubu, to tylko plus dla całego tego przedsięwzięcia. I zadaje też kłam temu, że kibol to idiota, bo co z tymi, którzy kupują to pismo? Przecież półgłówek bezideowy nie będzie czytał tekstów zdecydowanie niebanalnych i nieszablonowych. Niech więc nazywają nas idiotami, debilami i dodają nam innych inwektyw. W sumie, to my sami też wrzucamy do jednego wora innych – taki już nasz ludzki los – generalizować znacznie łatwiej.

Obok „Drogi Legionisty” swoich sił próbuje już od jakiegoś czasu autor zina „Supporters”, któremu wielu zarzuca, iż kopiuje opisy i nie prze naprzód, nie próbując eliminować błędów i niedociągnięć. W pewnym sensie rozumiem te pretensje, sam wydając zina „Ultra” dążyłem zawsze do perfekcji. Gdy coś mi nie wychodziło, albo wydruk wyszedł nie tak, jak planowałem, to gorączkowałem się sam na siebie i przez jakiś czas nie umiałem przejść obok tego obojętnie. Mało tego – do dziś jak biorę do ręki te moje wydawnictwa, to przypominam sobie o tych błędach. Nie to jednak jest sednem. Owszem – płacąc za magazyn ileś tam naście złotych, nikt nie chce się czuć oszukanym, nabitym w butelkę. Jednak samo zebranie opisów kilkudziesięciu ekip w jednym miejscu jest nie lada wyczynem. Powiem krótko – dziś takie wydawnictwo oceniamy jako kopiowane. Poczekajcie 2, 3, czy 5 lat. Nie znajdziecie już tych opisów w Internecie, bo sieć jest fajna, ale do spraw bieżących, na już. Jak się chce powspominać, robi się problem. A czy my kibice w wielu sytuacjach nie lubimy żyć przeszłością, chełpić się najliczniejszym wyjazdem, największym młynem czy najlepszą oprawą? W sieci mało kiedy udaje się odnaleźć coś starszego, a przedział czasowy, jaki tu wymieniłem 2, 3 czy 5 lat, to dla Internetu jest cała wieczność. Ba, w necie wiecznością jest choćby rok, więc właściwie o czym mowa… Oprócz tych dwóch wiodących wydawnictw typowo zinowych pojawiają się coraz częściej wydawnictwa książkowe, co jest wielkim, rzekłbym nawet milowym, krokiem naprzód naszego ruchu. Niegdyś z zazdrością spoglądaliśmy na brytyjski rynek wydawniczy, gdzie jednak królowały książki kibicowskie opisujące dawne lata. No bo co Angolom zostało w czasach obecnych? Przecież oni jadą na micie sprzed lat, nigdy już nie osiągną tego pułapu, który pozwolił im wynieść się na wyżyny. Nigdy nie osiągną tego, co daje im powody do bycia dumnymi jak pawie, że to przecież oni zapoczątkowali tą całą zabawę. OK, oddajmy im to. Nawet nie próbuję z tym polemizować. Jednak my wcale nie musimy żyć samymi wspomnieniami. Nasza kibicowska brać biorąc do ręki pióra (mówiąc w dużej przenośni 🙂 jest w stanie pisać o czymś, co dzieje się TU i TERAZ.

Pamiętam czasy sprzed 5-6 lat, gdy rynek polskich wydawnictw kibicowskich zamykał się na nieśmiertelnych dwóch książkach autorstwa wiecznie żywego Romana Zielińskiego. „Pamiętnik Kibica” i „Liga Chuliganów” jakie są, takie są. Dla jednych obiektywne, dla innych pełną bzdurą. Oczywiście, że obie pozycje trącą i to dogłębnie subiektywizmem, ale czy może być inaczej, gdy opisuje to osoba czynnie zaangażowana w ruch kibicowski swojego klubu? Przecież w tym wszystkim właśnie to jest istotą. Przypominam sobie końcówkę lat 90. i moje wycieczki do księgarni po całym mieście w poszukiwaniu tych książek. W zasadzie to były całe polowania z wypiekami na twarzy, bo mało która księgarnia miała takie perełki w swojej ofercie. Nie ważne było, że dokonania kibiców mojego klubu były wręcz prześmiewczo tam ukazane. Czytając to czułem fanatyzm. Byłem wewnątrz tych wydarzeń, wyobrażałem sobie wszystko, jakbym był jednym z uczestników opisywanych dziejów. Odwiedzając po latach wiele z opisanych tam stadionów przypominałem sobie meandry awantur, jakie były opisywane w tych książkach – ikonach pokolenia nazwijmy to szalonych lat 90. Niezapomniane wrażenia. Podczas, gdy przez szereg długich lat książki RZ były jedynym bardziej rozpowszechnionym głosem kibiców, na rynku kibicowskim w tamtych czasach królowały nieodżałowane ziny. Wiele z nich zawierało stek bzdur i bajek, w zależności od rozbujałej fantazji autora, ale miało to swój niesamowity klimat. O wydarzeniach, które miały miejsce na drugim końcu Polski dowiadywało się z zina czasem dopiero po pół roku, zwłaszcza, gdy dotyczyło to nietopowych ekip. I jakoś nikomu z nas to nie przeszkadzało. Ba, na takiego zina czekało się z utęsknieniem! Czas leciał jakby wolniej, nawet momentami zdawało się, że stoi w miejscu. Potem rynkiem zawładnął „Fan Śląsk” w kolorze i na kredzie autorstwa kogóż by innego jak nie Romana Zielińskiego. I tu już czuło się wiatr przemian. Swój wygląd zdecydowanie coraz bardziej upodabniał do zachodnich pism rewelacyjny zin „PU-PoP”, przemianowany z początkiem nowego stulecia na „TMK”. Zbiegło się to w czasie z początkiem ery Internetu i telefonów komórkowych. I nagle wszystko zostało zabite. Nie boję się użyć tego stwierdzenia, choć na ten stan rzeczy złożyło się wiele faktów przełomowych dla naszego życia codziennego, które nabrało niewiarygodnego tempa. I coś, co dotychczas działało tak prężnie, upadło właściwie i to z dnia na dzień. Co gorsza pociągnęło to za sobą także upadek pism, które były szczególne same w sobie. Mowa tu o zinach klubowych, które były rozdawane przed każdym ważniejszym meczem swojego klubu. Owszem, parę z nich przetrwało, część dotyczy ekip z górnej półki, część rozchodzi sie w małych ekipkach. Niemniej jednak widać także w tej materii upadek. O tyle dziwne, że przecież każdy kibic zainteresowany jest życiem jego ekipy, ponadto w takich zinach opisywano także sytuację w klubie, a nawet i jakieś kwestie piłkarskie. To stanowiło jakby mieszankę tego wszystkiego, co wszystkich nas przyciąga na stadiony. Klubowe wydawnictwa podziemne zostały w dużej mierze zastąpione wydawnictwami oficjalnymi, na papierze kredowym, w kolorze. Co jednak, gdy klub albo jakiś tam sponsor przestanie rzucać kasę na takie wydawnictwo? Nagle znika? Czy nie lepiej w związku z tym cały czas zachować charakter pisma jako zwykłe kartki z drukarki, potem ksero ileś tam dziesiąt razy i rozdawanie ludziom nawet z friko… Ja czuję ten klimat nawet teraz, pisząc te słowa. A co dopiero, jak takiego zina dostaję do ręki, a mam to szczęście, że w mojej małej ekipce to jest wciąż kultywowane. Niech nawet i będzie to pisane z błędami, niech nawet i bez koloru i bez super papieru. Każdy z nas ma swoje przemyślenia, które może przelać na papier, w każdej ekipie znajdzie się osoby z większymi umiejętnościami organizacyjnymi, które będą w stanie podjąć się takiego zadania. Nawet, gdy coś nie jest opisane tak jak widzieli to inni, to przynajmniej prowadzi do jakiejś ożywionej dyskusji, prowokuje wspomnienia, nie pozostawia nas obojętnymi wobec historii, którą sami przecież tworzymy. Żyję nadzieją, że wydawnictwa całkowicie podziemne mimo mijającego czasu, pędzącej komercji i nieustannej pogoni za kasą nie umrą całkowicie. Parę osób daty urodzenia podobnej jak moja pewnie będzie o to dbało jeszcze jakiś czas, ale w końcu przyjdzie chwila, żeby całość przejęli młodzi. Jakby mi się uśmiechała micha, mając 50 lat, jadąc na wyjazd mojego ukochanego klubu, gdybym dostał w autokarze kartkę A4 złożoną w cztery strony formatu A5 tworzącą jakąś tam treść z opisami meczów, sytuacji w klubie itp. Żeby niektórym uzmysłowić, że jest wszystko możliwe i że nawet najwięksi potrafią docenić coś z czego się wywodzimy i co stanowi nasz kamień węgielny niech posłuży Curva Sud Milano – obecnie czołowa ekipa na włoskiej scenie, która na swojej stronie internetowej ma przed każdym meczem opublikowany w formacie pdf zin, który można wydrukować i zachować na późniejsze lata. Słowo pisane jest dokumentem samym w sobie. Czy warto o nie dbać dla przyszłych pokoleń fanatyków odpowiedzcie sobie sami.

Tifosifoto / Felieton pochodzi z  „To My Kibice”

_____________________________________________________________

TĘSKNO MI, PANIE…

…do tych płotów zardzewiałych, ławek połamanych, jupiterów rozgrzanych, trybun rozradowanych, gdzie pasja i idea nad pieniądzem górowały.
Im bliżej jesteśmy wejścia, tym bardziej nasze kieszenie pęcznieją od sterty reklamówek wręczanych nam co krok. Tłok, w tle słychać muzykę, dookoła setki baloników reklamujących popularną sieć telefoniczną, nieco dalej jeden z kilku fast foodów ledwo nadąża ze sprzedażą hot dogów i coca-coli. To nie opis galerii handlowej, ale jednego z nowych stadionów, który powstał na Mistrzostwa. W całej Europie futurystyczne kolosy rosną jak grzyby po deszczu. Jeden ma przypominać lampion, drugi bursztyn, a ten wrocławski, niekoniecznie zgodnie z wizją architekta, został okrzyknięty „Velvet Areną”, ponieważ przypomina rolkę papieru toaletowego. W rzeczywistości te w Polsce, Czechach, Niemczech czy nawet Turcji robione są na jedno kopyto. Nowe tendencje nakazują, że ma być nowocześnie, komfortowo i masowo. Gdzieś między blokami zostały te niewielkie obiekty, które jeszcze kilka lat temu trzęsły się całe od podskoków kibiców. Nadchodzi powoli era stadionów bezpłciowych, jakby wypuszczonych z tej samej linii produkcyjnej. Naturalna kolej rzeczy, kiedy do sportu dorwie się biznes. Pojedyncze głosy czy „dziwactwa” grupy odmieńców z pewnością nie zatrzymają wielkiej marketingowej machiny. Podróżując po Europie zauważyłem istotną i symboliczną prawidłowość. Niemal na każdym z oldschoolowych stadionów unosił się dym grilla. Na obiekcie praskiej Viktorii mieszczącym się w robotniczej niegdyś dzielnicy Žižkov, kibice zwykle głodni z meczu nie wracają. Przed trybunami rozstawione są biesiadne ławy, na około znajdują się stoiska z chlebem z cebulą, grillowanymi kiełbasami i mięsem różnorakiego gatunku. Folkloru dopełniają walające się beczki piwa. Podobnie wygląda to na stadionie Orła Białego w Legnicy, czy Intakusie, gdzie swoje mecze rozgrywa wrocławska Ślęza. Na nowych arenach z kolei niepodzielnie królują symbole komercji – hot-dogi, podróbki nachos i inne barowe jedzenie wątpliwej jakości. Na starych zaś panuje swojskość. Nie jest się tam tylko klientem, ale ważnym elementem lokalnej społeczności. Najpiękniejszy jest koloryt danego miejsca. Gdybym swoje nietypowe hobby ograniczył do zwiedzania tylko nowoczesnych aren z pewnością nie zobaczyłbym pomysłowości kibiców greckiej Larisy, którzy ze swojego balkonu wychodzącego na stadion zrobili trybunę, przyozdabiając ją flagą. Nie zasiadłbym też na ponad stuletnim Craven Cottage w Londynie, z którego można obserwować przepływające po Tamizie łodzie. Nie mógłbym także być świadkiem radości kibiców FC Porto podziwiających przedsiębiorczość miejscowego klubu z Setubal, który do podawania piłek zagonił cheerleaderki. Ominęła by mnie również „przyjemność” oglądania meczu z toalety razem z Węgrami, którzy tak jak ja w obliczu nawałnicy zamienili odkrytą trybunę na pobliski szalet. Nie głowiłbym się w Heraklionie jak wejść na boisko, które położone na wzniesieniu w centrum miasta, otoczone było zamkowym murem.

To nie jest apel o zaprzestanie budowy nowoczesnych sportowych aren, a jedynie zwrócenie uwagi, że w czasach gdy kryterium oceny są gwiazdki UEFA, umyka gdzieś bokiem sens tego co sprawiało, że stadiony to dla wielu miejsca wyjątkowe. One to bowiem przez dziesiątki lat były odskocznią od codziennych obowiązków klasy robotniczej. Obecnie coraz częściej, szczególnie na zachodzie Europy, piłka nożna staje się zabawą tylko dla bogatych.

Szymon Beniuk (Natrybunie.blogspot.com)  / Felieton pochodzi z  „To My Kibice”

___________________________________________________________________

IDZIE NOWE?

Nie sposób coraz bardziej krytycznie przyglądać się naszym poczynaniom w walce o prawa na trybunach. Temat wałkowany od ponad roku w dniu dzisiejszym staje się właściwie jedynym, jaki powinien być poruszany i na tapecie jako numer jeden wśród kibicowskiej braci. Im głośniej bowiem mówi się o ogólnopolskim proteście przeciw wszechobecnej niesprawiedliwości wymierzonej przeciw kibolom, tym więcej też słychać głosów malkontentów i obrońców pozostania na trybunach. W imię niby czego? Czy tylko ja mam wrażenie, że ci ludzie cały czas siedzieli cicho, dopóki ten protest nie okazał się na tyle realny, by go wprowadzić w życie? Zaczął Piast na swoją rękę, wcześniej oczywiście były przetrzebione przez państwowe władze (w postaci reprezentującej je policji) kielecka Korona no i białostocka Jagiellonia. Potem poszło już dość szybko, także i za sprawą klubowych władz – uderzyło w najsilniejsze ekipy – Widzew Łódź, Legia Warszawa i ostatnia Wisła Kraków. Miarka się przebrała. Zanosi się na to, że jeśli nie zostaną podjęte radykalne kroki w celu poprawy naszej kibicowskiej egzystencji, to od wiosny nasz cały ruch kibicowski może przybrać właśnie taką drogę walki o swoje – drogę całkowitego bojkotu obecności na stadionach. Dlaczego jednak zewsząd coraz więcej słychać negatywnych głosów na taki stan rzeczy? A to, że ktoś tam teraz przeżywa świetne lata kibicowskie, a to, że jakiś klub założyli sami kibice i będą strzelać sobie samobója, a to w końcu, że jakiś tam klub upadnie, bo wpływy z biletów stanowią ważny czynnik w funkcjonowaniu klubu. Gdzie tu jednak jest w tym wszystkim ruch szalikowców? Kibice stali się nagle budowniczymi struktur klubowych i ich żarliwymi obrońcami. A może ci, którzy mają poukładane z klubami, mają pozycje także i dzięki klubom chociażby jako łącznicy na linii klub-kibice, czy chociażby ci, którzy w stowarzyszeniach trzepią tak naprawdę kasę przestraszyli się utraty czegoś? Jeśli tak, nie warto ich nawet nazywać kibolami. Jest takich niestety w naszym świecie kibiców trochę. To zwykli zdrajcy idei ultra’. Tylko czy warto w ogóle ich zdanie brać pod uwagę? Czy musimy być jak oni wyzbyci zwykłego ludzkiego uczucia, jakim jest empatia? Ja współodczuwam, gdy moich ziomków dotykają kary zakazów stadionowych, wyroków więzienia za byle pierdoły związane z kibicowaniem (co w imię poprawności politycznej uznane zostało za nielegalne). Najzwyczajniej w świecie mi ich brak, że za takie błahe sprawy są odsunięci od meczów, a niektórzy nawet i od życia codziennego spędzając czas za kratami… Stanowczo sprzeciwiam się takiemu traktowaniu nas, żadne pieniądze czy układy z klubem czy nawet dobro klubu nie są dla mnie ważniejsze niż dobro chłopaków, z którymi przeszło się już niejedno i dzięki którym mam coś, co jest nieuchwytne, coś więcej niż pasję. Nie chcę by mnie i moich ziomali więcej takie coś spotykało i niszczyło nasze życie, nasze ideały i to w co wierzymy i czemu jesteśmy oddani.

Widzę w tym wszystkim małe światełko w tunelu – 6 grudnia 2012 roku taki krok poczynił OZSK wystosowując petycję do najwyższych władz PZPN dotyczącą polepszenia naszej sytuacji na trybunach. Przecież tu już brakuje tylko tego, by wojsko wkroczyło z czołgami na ulice pilnować porządku w trakcie rozgrywania meczów. Nic w tym śmiesznego nie widzę, skoro są specjalne spec jednostki w komendach policji do zwalczania ruchu kibicowskiego, a jednym z ich zadań jest ściąganie odcisków palców z rac odpalanych na meczach. Wiecie co? W Polsce od racy jeszcze nikt nie zginął, tymczasem w ostatni weekend na polskich drogach zginęło 50 osób, natomiast w weekend, gdy było święto Wszystkich Świętych złapano ponad 2000 pijanych kierowców. Ilu nie złapano? 5, 10, 20 razy więcej? Nieważne! Ważne, że Pogoń odpaliła na meczu z Legią tony pirotechniki i trzeba teraz znaleźć sprawców tego czynu. Toż to istne bezprawie! Sodoma i Gomora. Rozjebać to w pył, kibole – oto prawdziwy temat dla prawdziwych polityków, policjantów, prokuratorów i nie wiadomo jeszcze kogo. Sami z nas robią bandytów, mimo że nimi w ogóle nie jesteśmy. Działanie OZSK jest wymierzone chyba na ostatnią chwilę – jak już wspomniałem – miarka się przebrała i jeśli nie będzie jednoznacznej postawy PZPN-u dającej nam większą wolność, to marnie widzę polską piłkę już na starcie prezesury Bońka. Publikę, frekwencję i atmosferę robimy my – a my – dzięki Wam za to Siły Wyższe – stanowimy na polskich stadionach większość! Tymczasem OZSK, który wreszcie stworzył dobry klimat do wprowadzenia normalności na trybuny teraz słyszy z prawa i lewa smuty, że chociażby część środowiska nie chce, by pirotechnika była legalna. To, kurwa, odpalaj sobie jeden z drugim dalej piro na przypale, przebieraj się jak debil pod sektorówką i módl się, żebyś nie został złapany. Jeden, drugi, piąty raz się uda. Za szóstym razem 3 lata zakazu, grzywna i sprawa w sądzie. Ciśnie mi się na usta niecenzuralna wiązanka w kierunku tak myślącej części naszego kibolstwa. Taka błazenada jak dziś mnie nie interesuje, wcześniej czy później skończy się limit osób, które będą chciały brać race do ręki, by je odpalić. Sam to po swojej ekipie widzę – jak nie ma być sektorówki, to do odpalenia rac już niewielu się garnie. A sektorówek już nie wpuszczają wszędzie. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że legalna pirotechnika nie będzie oznaczała przechodzenia szkoleń i gaszenia kończącej swój żywot racy w wiaderku z piaskiem czy wodą. Chyba jesteśmy myślący i wiemy, że to będą tylko pozory stworzone, by ułatwić coś, co dziś jest totalnym absurdem – walkę całych zastępów policji z piromanami. Bądźmy rozsądni – każdy będzie miał to w dupie. Chodzi tu o coś zupełnie innego – ugranie tego dałoby uniknięcie drakońskich kar za piro, po drugie taka decyzja dałaby nam znak, że postawiliśmy na swoim – twardą walką. Tak długo odpalaliśmy piro na zakazach, aż w końcu uznano, że walka z tym nie ma sensu, bo i tak to trwać będzie dalej. Więc zalegalizują coś, co sami wcześniej uznali za nielegalne. Toż to Luis de Funes chyba chciałby zaadaptować taki scenariusz do swoich nieśmiertelnych komedii. Przecież od zakazania pirotechniki zaczął się nasz ultraprotest, od tego właściwie zaczęło się wyniszczanie naszego ruchu kibicowskiego, które w chwili obecnej przybiera rozmiary absurdalne ocierające się o ograniczanie wolności i swobody obywatelskiej. Psy się teraz wyżywają na kibolach, jak nigdy. Odbijają sobie te wszystkie lata, kiedy byli bici i żeby dać jakikolwiek opór musieli używać broni gładkolufowej, bo mając same pałki dostawali konkretne bęcki. Dziś już właściwie nie spotyka się z relacjami, że ktoś gdzieś pogonił policję z sektora. Dziś to wygląda tak, że jest wprowadzony taki terror (przymusowe trzepania na granicach miast, celowe doprowadzanie do niedojazdów na mecze), że podporządkowujemy się im jak baranki – nikt nie chce wyroku na 10 lat za czynną napaść, wszak z doświadczenia wiemy, że nie ma już dla nas – kiboli żadnego pobłażania w sądach. Zakazy, grzywny, wyroki dostaje się za wszystko czyli za nic – za bluzganie, za stanie na schodach, za wywieszanie transparentów, za trzymanie flag, gdzie ktoś niby rzekomo się przebrał się po odpaleniu piro, nawet za odliczanie mające pozwolić na zsynchronizowanie odpalenia pirotechniki. Ja tego nie pojmuję, wybaczcie. To nie mieści się w mojej głowie, że takie coś ma miejsce w kraju jeszcze 25 lat temu żyjącym w objęciu pełnego zamordyzmu. Powrót na stare śmieci, by się chciało rzec. Co to, to nie. Dalej mamy udawać, że pada deszcz, gdy plują nam w twarz? Dalej mamy utrzymywać stan rozdwojenia jaźni w kwestii pirotechniki – dziś jest nielegalne (źle, bo wysokie kary), jutro będzie legalne (źle, bo kłóci się z ideałami ultra’)? Przydałaby się nam chyba jakaś terapia wstrząsowa. Nie wiem, co nią ma być, skoro nami nie rusza nawet to, co dzieje się teraz, a czego tylko namiastkę opisałem w tym felietonie. Zbieramy się do totalnego buntu jakby od niechcenia, jakbyśmy nie wierzyli, że to, co robimy naprawdę będzie rzutowało na wygląd trybun i młynów naszych ekip za parę czy paręnaście lat. Mam wreszcie wrażenie, że scena kibicowska dla wielu nie jest czymś więcej niż tylko hobby – nie stanowi części życia, którą chce się mieć przecież dalej za 10 czy 20 lat. Najgorsze jest to, że słuchając złych podpowiedzi wciąż się wahamy – wahamy i czekamy nie wiadomo na co.

Obecny / Felieton pochodzi z  „To My Kibice”

_________________________________________________________________

WŁASNY STYL

Czasy nadeszły takie, że w kibicowskich mediach dominuje jeden temat – represje, problemy, zakazy. Dawno minęły dni, gdy emocjonowaliśmy się po prostu kibicowaniem – meczami, oprawami, przygodami na trasie, codzienną rywalizacją. Dziś tematy są bardzo ciężkie i czasem aż trudno przebrnąć przez kolejne stronice zina lub forum. Dlatego dla odmiany chciałbym poruszyć tu sprawy dużo lżejszego kalibru, dotykające naszych stricte kibicowskich rozkminek. Nie będzie żadnej policji, PZPN-u, ani polityki. Tylko my i nasze różnobarwne, rozśpiewane trybuny… No właśnie, czy aby na pewno są one różnobarwne i różnorodne? Ja czasem mam wrażenie, że większość młynów w Polsce wygląda monotonnie, niemalże identycznie. I że nie różnią się niczym więcej niż tylko oczywistościami – nazwą klubu, barwami i herbem.

Mieć swój własny, niepowtarzalny, charakterystyczny styl. Taki cel powinien przyświecać każdej ekipie kibicowskiej, a zwłaszcza każdej grupie ultras, które jak grzyby po deszczu narodziły się w ostatnim dziesięcioleciu. I niektóre z nich faktycznie taki cel sobie postawiły, ale niestety, były w zdecydowanej mniejszości. Niektórym udało się tylko częściowo, a pozostałym praktycznie wcale. Niektórzy pewnie chcieli, usiłowali wyróżnić się czymś oryginalnym, niespotykanym i nowatorskim, ale nie potrafili wydobyć z siebie tej iskry innowacyjności. Lub zabrakło im odrobiny talentu. Inni nawet nie próbowali i poszli po najgorszej linii – według ściśle utartego przez innych schematu. Zamiast wypracować swój – użyli ogólnie dostępnego, powszechnego szablonu.

No właśnie, czasem wręcz chodzi o ten sam szablon w dosłownym, technicznym sensie. To zgroza jak wiele ekip używa na swoich flagach i pamiątkach tych samych oklepanych logotypów – zakapturzonych twarzy, czaszek, „bad boyów” i „hooliganów”. Pamiętam rok 2001 i znany z gry „Hooligans” Storm over Europe” motyw łysego typa, który pojawił się na kultowych koszulkach „CHWDP Chuligani zawsze razem”. Za dwa lata koszulki z tym motywem miała większość kibicowskiej Polski! Parę lat później cały kraj zalała fala kiboli ubranych w czarne wiatrówki z herbem klubowym na sercu, a na nieco bardziej eleganckie okazje – w sweterki w wąskie paski. Do tego kraciaste zimowe czapeczki. Wszystko produkcji tej samej łódzkiej firmy 😉 Może to i dobrze, bo jechało się potem na wyjazd na kadrę na Słowację czy na Litwę i wszyscy wyglądali jak jednolita armia 😉

Wybaczcie mi tą ironię, ale naprawdę szkoda, że tak mało oryginalne jest nasze środowisko. A przecież czasem wystarczy drobiazg – jakaś charakterystyczna część ubioru, czy nawet… sposób wiązania szalika (tak tak, to nie żart!). Cokolwiek, co odróżni nas od innych, będzie cechą charakterystyczną, swoistym znakiem firmowym. Taka Jagiellonia doskonale czuje o co biega i od dawna zajebiście się wyróżnia w swoich słynnych „pszczółkach”. Zrobili nawet oprawę „Tak wygląda większość Polski” (wszyscy na czarno), a po chwili „My wolimy jagielloński styl” (wszyscy przebrani w żółto-czerwone pasy). Legia też całkiem fajnie się wyróżnia w białych bluzach i białych czapkach z daszkiem. Inni też próbują – Górnik udanie wykorzystuje motyw chorwackiej kratki. I to jest to! Potrzeba jak najwięcej tego typu inicjatyw!

Flagi i oprawy to kolejna bolączka. Większość polskich płócien to utarty schemat – główny napis pośrodku i mniejsze z jakimś górnolotnym hasłem na górze i na dole. Do tego herby po bokach, dla „odmiany” wkomponowane jakoś ukośnie w całość (że niby nie schematycznie) i gotowe! Pominę już kwestię tego, że większość flag zawiera tyle skomplikowanych grafik, że przypomina bardziej vlepkę niż płótno. Na szczęście kibice zauważyli już ten problem i wiele ekip powraca już do starego, dobrego stylu lat 90. – prostych flag z prostym dużym napisem.

Choreografie… pewnie niedługo zatęsknię za zakazanymi w wielu klubach sektorówkami, ale jeszcze do niedawna przyprawiały mnie o odruchy wymiotne. Jadąc jako fotoreporter TMK na jakiś mecz z aparatem w ręku mogłem być niemalże pewien, że miejscowi ultrasi postarają się o wypasiony kawał płótna, efektownie pomalowany przez ekipowych graficiarzy. Do pewnego momentu to było naprawdę fajne i miło się oglądało coraz staranniejsze flagi sektorowe. Jednak przestałem się tym jarać, gdy okazało się, że większość ekip nie prezentuje już niemalże nic innego. A gdzie kartoniady, pasy materiału, transparenty na kijach? Problem ten dotyczy szczególnie niższych lig – gdzie kopiowanie najlepszych ekip i utartych wzorców przybrało największe rozmiary. Teraz same sektorówki, kiedyś – same podświetlane ogniami wrocławskimi foliowe napisy. Przy okazji tych opraw okazuje się, ile to mamy w Polsce księstw – pszczyńskie, bytomskie, sandomierskie… Ktoś wpadł na ten fajny pomysł, ale dlaczego innym równie fajne wydało się skopiowanie go i to w niemal identycznej formie?

Nawet pirotechnika nie oparła się tym spłaszczającym scenę kibicowską trendom. Były takie okresy, gdy wszyscy palili dokładnie to samo, zwłaszcza w czasach mody na stroboskopy i ognie wrocławskie, kiedy to trudno było spotkać na stadionach cokolwiek innego. Tymczasem niemal zupełnie nieużywane było bardziej charakterystyczne piro np. świece dymne w barwach klubowych…

Ubrania, flagi i oprawy to oczywiście nie wszystko. Chyba jeszcze większe „ujednolicenie” mamy w kraju pod względem dopingu. Cóż z tego, że od pewnego czasu ekipy Ekstraklasy – przerzucając się wzajemnymi oskarżeniami o kopiowanie – zaczęły intensywnie poszukiwać zupełnie nowych melodii. Poniżej I ligi tego trendu niestety zbytnio nie widać (z małymi wyjątkami). Cóż z tego, że np. Widzew opracował swój zajebisty repertuar – Broendby, DJ Tonka, jeśli teraz wyje to z mniejszym lub większym powodzeniem pół Polski.

Legia też lansowała inne przyśpiewki, w odróżnieniu od reszty raczej nie szukali inspiracji na Bałkanach, wypracowując całkiem inne „brzmienia”. Dziś z ich dorobku korzysta co najmniej kilkadziesiąt ekip… Nieraz za głowę człowiek się łapał, słysząc przez 90 minut niemal same ksera hitów z Ekstraklasy. Docenić chciałbym natomiast kibiców Piasta Gliwice, którzy mają parę niespotykanych nigdzie indziej piosenek.

Charakterystyczne okrzyki, przyśpiewki, układy barw, ubrania. Nietypowy, wyjątkowy przydomek ekipy, kojarzący się z daną miejscowością (typu „Medaliki” lub „Scyzory”). To wszystko ubarwia naszą kibicowską scenę, jak również podkreśla lokalny koloryt, czy wręcz „folklor” (w pozytywnym znaczeniu tego słowa).

Trzeba jak najwięcej czerpać ze swojej regionalnej czy lokalnej specyfiki i podkreślać jej cechy. Jesteśmy w końcu w zdecydowanej większości lokalnymi patriotami, pokażmy więc, że to, z czego słyną nasze miasta jest nam bliskie. Ruch zrobił wręcz swój znak firmowy z eksponowania „górnośląskości” przy każdej możliwej okazji. Lech też korzysta dosyć często z wielkopolskiej gwary.

Niektóre z tych najstarszych klubów z największymi tradycjami mają łatwiej, bo ich kibice nie muszą się specjalnie wysilać, by się wyróżnić. Najlepszy przykład to Cracovia, czyli słynne „Pasy”, widoczne w nazwie, flagach i ubiorach fanów. Również hasło „Kolejorz” jest niemalże nie do podrobienia. Jednak to oczywiście nie wystarczy, by być oryginalnym jako grupa. Trzeba działać na wielu frontach!

Zawsze jest tu jakieś pole do popisu. Przykład z Serbii – jakiś czas temu kibice RAD-u Belgrad wymyślili sobie, że będą używać niemal wyłącznie małych, kwadratowych flag 2×2 m. Nie chciałbym aby ktoś po prostu skopiował bezmyślnie ten pomysł, ale aby pobudził on wyobraźnię. Jest jeszcze sporo tego typu nowinek do zagospodarowania, wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć i nie zamykać się we „własnym sosie”. Powodzenia!

„J” /  Felieton pochodzi z  „To My Kibice”

___________________________________________________________________________

PRZERWA

Wyróżniamy różne przerwy. Najbardziej znana jest szkolna przerwa, na którą czeka się, jak tylko zacznie się lekcja. Niektórzy mogą mieć np. przerwę w uzębieniu. Był też taki poeta: Kazimierz Przerwa Tetmajer. Nie pamiętam już dokładnie, co on tam konkretnie spłodził, ale uczyliśmy się o jego twórczości w szkole średniej. Jest też przerwa w życiorysie, ale to niech nikomu się nie przytrafi. Wyróżniamy jeszcze wiele innych przerw. Mamy też przerwę pomiędzy rozgrywkami ligowymi. I będę tu dywagował właśnie o tej przerwie.

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie poprzednia przerwa. I to aż trzymiesięczna. Przez to pieprzone EURO, które tak jak inni kibole „oficjalnie pierd***łem” 3 miesiące bez meczów i wyjazdów. Zapewne nie tylko mi brakowało tego cotygodniowego (a niejednokrotnie i częstszego) rytmu, który kończył się meczem u siebie, czy też wyjazdem. A jakże. Nie wierzę, że tylko ja tak mam :-).

Co roku mamy dwie takie przerwy. Letnią przerwę między sezonami oraz przerwę zimową. Ta druga bywa trochę mniej bolesna, gdy klub ma jeszcze sekcje halowe i kibice udzielają się na nich. Kilka takich ekip jest. Ale i tak czeka się z niecierpliwością, aż z boisk spłynie śnieg i powróci szara ligowa rzeczywistość, z marną grą kopaczy, kolejnymi obostrzeniami ze strony wąsów i POpaprańców. Gorzej jest wg mnie latem. Kiedyś ta przerwa bywała o wiele krótsza. Teraz trwa ona minimum 2 miesiące, a jak jakiś mundial, czy też inne Euro wpadnie, to i dłużej. Tak, jakby w każdym z tych turniejów miała grać nasza reprezentacja. Jeszcze od biedy można zrozumieć wcześniejsze zakończenie rozgrywek w Ekstraklasie, ale w niższych ligach? No, chyba że kolejni trenerzy reprezentacji jej skład chcą opierać na grajkach z tychże lig ;-). Tak więc od początku czerwca do końca lipca trzeba sobie jakoś czas zorganizować. Tylko ekipy eksportowe mają lepiej, bo puchary zaczynają (i na ogół kończą) już w połowie lipca.

Podładowujemy więc akumulatory na nową rundę. I jak ten czas spędzić? Jak lato, to i urlopy, wyjazdy na wakacje w różne zakątki świata. Spędzanie czasu z najbliższymi. Istnieją osoby, które swoje urlopy/wyjazdy układają pod terminarz ligowy. Ale im dłużej to trwa, tym bardziej „czegoś” brakuje. Tak samo jest w przerwie zimowej. Po zakończeniu rundy rozpoczyna się przedświąteczna gorączka, balowanie sylwestrowe i wejście w Nowy Rok. A potem już tylko zimowa nuda i czekanie. Można ewentualnie wyskoczyć na narty, czy też inne zimowiska. Oczywiście na ogół w kibolskim gronie. Ale generalnie jest wyczekiwanie do pierwszego meczu. Owszem, ma się cały czas kontakt z kolegami z trybun. Wszak integracja trwa cały rok. Wspólne melanże, osiedlowe akcje, wypady niekoniecznie związane z meczami. Aby jakoś zabić czas niemal wszystkiego ekipy organizują turnieje kibiców. Jest dużo śmiechu, biegania za piłką, trochę dopingu. Jeśli to turniej z udziałem obcych, to można pogadać z kimś nowym, czy po prostu przyjrzeć się z bliska innym ekipom. Czasem są nawet jakieś atrakcje na trasie. Ale to jednak nie jest to, co kolejka ligowa. Im bliżej rozpoczęcia sezonu, czy też rundy wiosennej, tym bardziej powraca chęć do życia. A najlepiej, kiedy na początek przypadnie wyjazd i przyjeżdża się na zbiórkę. Serce się raduje, spotykając przed wyruszeniem w Polskę niewidziane od 2-3 miesięcy mordki, a jeszcze bardziej się raduje, kiedy spotka się kogoś, kogo się nie widziało dłużej z powodu przymusowej, wspomnianej już na początku tego krótkiego felietonu, przerwy. A po chwili po zapakowaniu się w swoje środki transportu zaczyna się kolejna wspólna wyprawa w towarzystwie ziomków, którzy za Tobą i Ty za nimi staną murem stwierdzając, że przerwa zimowa i letnia są stanowczo za długie. Gorzej jak ktoś wypadnie z obiegu i przerwa z różnych powodów staje się dłuższa.

Takie rozkminki ma zapewne niejeden z nas. Niejeden zapewne by chciał, żeby sezon u nas wyglądał tak jak w Anglii – bez przerwy zimowej. Jednak na polski grunt ciężko by było wprowadzić coś takiego, gdyż nasze zimy są bardziej srogie, a temperatury o wiele niższe. W Wielkiej Brytanii jak spadnie śnieg, to urasta do rangi klęski żywiołowej. Wymarłe miasta, zamknięte szkoły, a jedyną frajdę z tego mają dzieciaki. Ale nie ma co się dziwić, jeśli przykładowo nie znają tam czegoś takiego, jak zimowe opony.

Wracając do tytułowej przerwy, to jak wspomniałem – nie da się urządzić kalendarza rozgrywek tak jak w Wielkiej Brytanii, to fakt. Ale na pewno wszyscy kibice w Polsce – zarówno kumaci, jak i piknikowi – byliby szczęśliwi, gdyby przerwy zimowa i letnia były choć o połowę krótsze!

G. /  Felieton pochodzi z  „To My Kibice”

_____________________________________________________________ 

O ANGAŻOWANIU SIĘ W POLITYKĘ

Media jęczące, że „kibice angażują się w politykę”, ale też ludzie nawet życzliwie odnoszący się do naszego środowiska, rzucający teksty typu „nawet fajne te wasze oprawy, ale po co ta zabawa w politykę”. Nie wiadomo, co gorsze – otwarty przeciwnik, który nie lubi nas, bo odbieramy mu monopol na kształtowanie światopoglądu młodzieży, czy ci, którzy chcą sprowadzić kibiców do roli współtwórców „przyjemnego do oglądania spektaklu”. Ci ostatni chcieliby sprowadzić meczowe oprawy do roli „kolejnej atrakcji weekendu” – po wizycie w galerii, parku, czy ZOO. No passaran!

Trzeba podkreślić, że kibice nie angażują się w politykę, ale w promowanie wartości uniwersalnych – patriotyzmu, tradycji, antykomunizmu. To nie są wartości i postawy „polityczne”, to są wartości i postawy ogólnoludzkie, o których typ człowieka wyhodowanego z jednej strony przez MTV, s z drugiej – przez wiadomą gazetę po prostu zapomniał.

Ścisła styczność ze światem polityki nastąpiła w momencie, gdy partia rządząca z buciorami weszła na stadiony, zamykając je. Z jednej strony mieliśmy stać się nowym obiektem kolonizacji partii równie obywatelskiej, jak niegdyś milicja. Z drugiej strony byliśmy częścią łańcucha tematów zastępczych – w tym sensie mieliśmy spełnić taką samą rolę jak „obrońcy krzyża”, czy producenci dopalaczy. Było to o tyle prostsze, że „normalne społeczeństwo” stadiony zna z „Faktu”.

Trudno walczyć z zakusami polityków, nie „angażując się w politykę” i nie sięgając po polityczne argumenty. W tym sensie jednak krytyka rządu jest samoobroną. I kiedy ktoś wspomniał o kibolach jako „szwadronie PiS”, ogarniał pusty śmiech. To Staruch prosił polityków tej partii o wsparcie, czy to raczej oni wstawili się za nim? Niektórzy zrobili to z politycznego wyrachowania, inni – z autentycznej dobrej woli (chwała im za to), natomiast jest oczywiste, że to nie kibole zrobili gest w stronę jakiejkolwiek partii. Jesteśmy niezależni i to ich boli. A im bardziej jesteśmy niezależni, tym silniejsze stają się starania, by nas zakategoryzować, wpisać w dualizm konstytuujący świat, z którym nic nas nie łączy.

Samym swoim istnieniem demaskujemy obłudę piewców „społeczeństwa obywatelskiego”, dla których aktywizacja społeczna jest pożądana, ale pod warunkiem, że zostanie obrany „właściwy” azymut. Innymi słowy akceptowane są tylko te „oddolne” ruchy, których działalność współgra z polityką władz. To równie prawdziwe jak porno w radiu albo marsz niepodległości prezydenta Komorowskiego.

Odkąd pamiętam, kibice zawsze spoglądali w prawo – ale nie wynika to z „polityki”, ale tożsamości. Miłość do klubu, miłość do swojego miasta, żelazne zasady – to po prostu współgra z miłością do własnego kraju, przywiązaniem do narodowej symboliki. To zapewne zagadnienie wykraczające poza ramy tego tekstu, ale – najogólniej pisząc – osoba „twardo” stojąca za swoim klubem prędzej „twardo” stanie za swoim krajem, niż nihilistyczny tolerancjonista, zwolennik multikulturalizmu, któremu – skoro wszyscy są równi – jest zupełnie wszystko jedno. To zresztą ogólnoeuropejska norma, poza nielicznymi wyjątkami (St. Pauli, Livorno, Marsylia, AEK Ateny) zaangażowanie „polityczne” obiera kierunek prawicowy.

Charakterystyczne było zachowanie niektórych polityków PiS po ostatnim Marszu Niepodległości. Tych, którzy niby czasem bronią kibiców w imię „wolności obywatelskich”, a którzy może też dali sobie wmówić, że jesteśmy ich elektoratem, od którego będą mogli się odciąć, kiedy stanie się niewygodny. Teraz okazało się, że najbardziej interesuje ich puszczanie oka do salonu – że krytykują władzę, ale „grzecznie”, „konstruktywnie”, z zastrzeżeniem, że „też nie popierają stadionowego chuligaństwa”. A my? My jesteśmy tam, gdzie kiedyś!

 Jacek Tomczak (Legia Warszawa) / Felieton pochodzi z  „To My Kibice”

_________________________________________________________________

LEGALIZACJA PIROTECHNIKI

Z pewnością niemożliwa, ale czy w ogóle pożądana?

O tym, czy legalizacja rac jest możliwa w obecnym systemie w Polsce, można by napisać książkę. Mnogość uwikłań i wzajemnych zależności jest porażająca. Kto bowiem tak naprawdę ich zakazuje? Z pewnością ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych, na pewno wewnętrzne regulaminy Ekstraklasy i PZPN-u, z całą pewnością regulaminy poszczególnych stadionów, regulaminy FIFA i UEFA. Kto stoi na straży, by sytuacja nie uległa zmianie? Na pewno policjanci, którzy wydają opinię o bezpieczeństwie obiektu, wojewodowie, czy mówiąc ogólniej – politycy, do tego jeszcze różnoracy prawnicy, ze strażą pożarną jako wisienką na całym torcie ludzi nieszczególnie kochających race i stroboskopy.
Żeby zalegalizować race, wszystkie grupy społeczne wymienione w pierwszym akapicie, wszystkie organizacje od PZPN-u, przez Ekstraklasę, aż po sejmowe komisje zajmujące się sportem, musiałyby nagle zmienić o 180 stopni obrany lata temu front antykibicowski. Politycy musieliby rozpocząć pracę nad zmianą ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych i dopiero gdy ograniczenia tej ustawy zostałyby zniesione, PZPN i Ekstraklasa zmieniłyby swoje własne reguły, łącznie z taryfikatorem kar. Ujednolicone regulaminy musiałyby trafić do klubów, a wszystko dodatkowo musiałaby jeszcze podbić policja i straż pożarna. Jedna grupa wyłamałaby się z tego ciągu i całą legalizację trafiłby szlag.
To jednak tylko hipotezy, wiadomo, że w najbliższym czasie na podobne ruchy się nie zanosi (a może po prostu lepiej pozostać pesymistą, by potem przeżyć przyjemne zaskoczenie?). Spójrzmy jednak na nas samych, czyli na kibiców uwielbiających dym z czerwonych flar, którzy po dotarciu do domu po meczu nie sprawdzają powtórek z rzutem karnym i niesłuszną czerwoną kartką, ale przeczesują fora w poszukiwaniu zdjęć zaprezentowanej na stadionie oprawy. Czy my tak naprawdę chcemy rac? Czy po tych latach, gdy odpalanie pirotechniki stało się niemal sportem ekstremalnym, gdy odpaleniu świecidełek towarzyszą spore emocje, teraz potrafilibyśmy przejść z powrotem na tryb nie dający żadnej adrenaliny?
Sprawdźmy argumenty obu stron. Jakie są atuty legalizacji?
1) Wreszcie brak kar za świecidełka, wartość sama w sobie, ilu ultrasów ominą zakazy, czy zarzuty o udział w „zorganizowanej grupie przestępczej” – nie da się tego nie docenić.
2) Urozmaicenie opraw bez konieczności przebieranek.
3) Wytrącenie z ręki naszym wrogom określenia „stadionowy bandyta”. W aktualnej sytuacji, gdy jedynym przestępstwem stadionowym zdaje się być właśnie pirotechnika, media i politycy nie mogłyby przekrzykiwać się o tysiącach zakazów za „bandytyzm na trybunach”, skoro odpalający race przestaliby się kwalifikować do tej grupy. Także kary za inne wykroczenia byłyby zmniejszone – teraz często kumulują się właśnie w wyniku „recydywy” czyli wcześniejszego zakłócania porządku poprzez odpalanie rac.
4) To chyba konieczność – przy tych metodach inwigilacji, wkrótce nie będzie już miał kto rozwinąć sektorówki, nie wspominając o odpaleniu pirotechniki.
5) Bo jeśli nie, to o co trwa walka?
Co z kolei przeciw?
1) Illegal tastes better. Sentencja znana od wieków, o tym, że to właśnie zakazany owoc najbardziej kusi, daje najwięcej frajdy i satysfakcji. Tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę kolejne argumenty przeciw legalizacji.
2) Wiaderka z piaskiem, odblaskowe kamizelki, jedna raca na dziewięćdziesiąt minut, najlepiej w przerwie meczu – obwarowania przy legalizacji mogą być tak drastyczne, że tak naprawdę ilość pirotechniki… zmaleje, a jej odpalanie będzie traktowane jak lasery na Śląsku Wrocław.
3) Rozmawiamy i układamy się z wrogiem, więc nie możemy im ufać. Legalizacja może zwiększyć kontrolę, ultrasi staną się bohaterami policyjnych katalogów, będą uczęszczać na kursy BHP, a z czasem i tak mogą dostać zakaz za zmianę miejsca na sektorze.
Wnioski? Jeden, najważniejszy. We wszystkich możliwych rozmowach zaczynać od definiowania legalizacji. Jeśli legalizacją rac ma być organizacja oprawy przez zewnętrzną firmę przed meczem – nie, nie i jeszcze raz nie. Jeśli z kolei legalizacja od początku zakłada pozostawienie pełnej dowolności ultrasom, z „blokadą” w postaci kaucji (tzw. „model duński”) – chyba tak. Wybór jest prosty – albo legalizacja zostanie przeprowadzona właśnie na takich warunkach, bez wygłupów z kamizelkami i wiaderkami z piaskiem, albo wkrótce wszyscy skończymy z zakazami. Inne rozwiązania? Legalizacja na regułach działaczy, polityków i policjantów, która zabije zupełnie ruch ultras i ostatnie – chyba najrozsądniejsze:
Depenalizacja! Raca sprowadzona do zmiany miejsca na sektorze, karana symbolicznym mandatem, jeśli oczywiście uda się złapać sprawcę. Niekarana przez Komisję Ligi, czy Wydział Dyscypliny, nie przynosząca strat klubom, a przede wszystkim zakazów kibicom. Jednocześnie wciąż nie do końca legalna, wciąż zakazana i co najważniejsze – wciąż odpalana wtedy kiedy chcemy, gdzie chcemy i przez kogo chcemy. Wizja urocza, ale – tak jak całe rozważanie legalizacji – utopijna. Póki co trzeba wracać do rzeczywistości i wymyślać jak najwięcej patentów na wnoszenie i odpalanie pirotechniki. Właśnie teraz, gdy represje są ogromne…
***
Sprawdziliśmy jakie są opinie samych kibiców w temacie legalnej pirotechniki. Jeśli chodzi o nasze dwie sondy internetowe – wyniki są miażdżące. Na skleptmk.pl ponad 90% ankietowanych jest „za” legalizacją pirotechniki na stadionach, podczas gdy zaledwie 6,5% jest „przeciw”. Niespełna 3,5% „nie ma zdania”. Na stronie oficjalnej naszego pisma, tomykibice.pl wyniki są podobne – legalizację popiera 90% kiboli, 9% jest przeciw, minimalna jest liczba głosów bez określonego stanowiska. Rzeczywistość jest jednak nieco inna – wszak demokracji na stadionach nigdy nie było i raczej nie będzie, a osobami, które są najbardziej zainteresowane tematem legalizacji są naturalnie ultrasi. Oto zebrane przez nas opinie kibiców, w większości reprezentujących grupy ultras.
Lech Poznań:
W chwili obecnej wyrokowanie w kwestii przyszłej (szybkiej) legalizacji pirotechniki w Polsce przypomina wróżenie z fusów. Z jednej strony mamy obiecujące zapowiedzi Bońka i władz PZPN-u – z drugiej twarde stanowisko strony rządowej i naszą pamięć o wielu niedotrzymanych obietnicach polityków, działaczy czy dziennikarzy.

Swoją drogą trudno wyobrazić sobie powrót do sytuacji sprzed ultraprotestu i – nawet, gdyby szumne obietnice zostały spełnione – w panującym antykibicowskim klimacie ciężko pomyśleć o jakiejś formie legalizacji, która nie byłaby jej parodią. Nikt z nas nie chce chyba biegać z wiadrem piasku i odpalać rac na hasło na początek czy na koniec danej połowy. Najważniejszą ze zmian, która – przy odpowiednim lobbowaniu za zmianą ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych – wydaje się być na dziś realna – byłaby na początek zmiana kwalifikacji tego „strasznego, przestępczego czynu” jakim jest odpalenie racy z przestępstwa na wykroczenie. Przy czym jasnym jest, że zmiana ustawy o bim nie powinna dotyczyć jedynie form legalizacji pirotechniki (która może być niestety przez obecną centralę traktowana jako pewna „zasłona dymna”), ale także chociażby: zlikwidowania kart kibica, wyrzucenia zapisu o możliwości niewpuszczenia kibica przez organizatora bez podania przyczyny, przykrócenia władzy wojewodów i policji (ich wpływu na kluby), czy też zmiany zapisów dotyczących służb informacyjnych i porządkowych. Choć to wydaje się być na razie niestety marzeniem ściętej głowy.

Sama kwestia pełnej legalizacji rac też cały czas budzi kontrowersje. Choć zdecydowana większość na pewno napisze, że woli j…ć system do końca, to część – mimo, iż pewnie nie chce tego wprost przyznać – ma dość szpiegowskiego przebierania się pod sektorówkami i wymyślania kolejnych ryzykownych „patentów”, a potem nerwów związanych z okresem analizy stadionowego monitoringu przez nasze „dzielne służby”. Na razie – niestety – to chyba jednak cały czas trochę akademicka dyskusja i problem; poważniej można będzie się nad nimi zastanowić, gdy świeże słowne obietnice obecnej wierchuszki piłkarskiej centrali zaczną się zamieniać w czyny.
Korona Kielce:
Oczywiście, że jestem za legalizacją ale tylko w takiej formie, która nie godzi zbytnio w nasze zasady. Dla mnie jedyną formą, którą można zaakceptować jest wydzielenie trybun, na których dowolnie można odpalać pirotechnikę, a za użycie piro do celów chuligańskich (wrzutki na sektory, boiska itp) odpowiedzialne byłoby stowarzyszenie.

Nie chciałbym tu negować certyfikatu na odpalanie czy przeszkolenie odpalających z zakresu bhp – brzmi spoko, ale żebyśmy nie dali się zbytnio zakręcić.

Ale czy to w ogóle możliwe, żeby race były legalne? Prędzej rudy zostanie moim teściem niż zalegalizuje świecidełka.
Legia Warszawa:
W dobie dzisiejszych bzdurnych zakazów prokuratorskich, niekonstytucyjnych zakazów klubowych wydawanych z góry bez żadnych dowodów oraz skandalicznych wyroków dla kibiców pod byle pretekstem legalizacja środków pirotechnicznych na meczach wydaje się mało realna, jednak również niezwykle potrzebna. Niektórzy zapominają, że kibice to też ludzie, a zaostrzające się przepisy pozwalają sądom, prokuraturze i policji traktować nas jak zwierzęta. Obecna ustawa dotycząca imprez masowych jest totalnym nieporozumieniem i należy dążyć do jej zmiany, aby dać w końcu odetchnąć ludziom na trybunach i pozwolić się zaciągnąć dymem z rac. Dlatego jeśli ktoś uważa, że lepiej aby piro było dalej nielegalne, bo na przypale jest zabawa, to brak mu trochę wyobraźni. Wiem doskonale co znaczy ta adrenalina, bo sam mam mnóstwo wspomnień jak skakałem z plecakiem rac przez płot itp., ale trzeba myśleć też o tych, którym nie zawsze się udaje, o małolatach zastraszanych na policji, bo psom na to pozwala ustawa. Obecne restrykcje są nieadekwatne do przewinienia, inna sprawa to fakt, że sporo osób zapomina o zasadzie „to nie moja ręka” i przyznaje się do winy, zupełnie niepotrzebnie samemu w ten sposób utrudniają sobie życie, a ułatwiają je psom nabijając statystyki.

Jaki model sprawdziłby się w Polsce?

Mnie osobiście irytuje dyskusja na temat, jaki model należy wprowadzić w Polsce. Pojawiają się propozycje angielski, norweski… iksiński itd. Odpowiadam, że w Polsce sprawdzi się jedynie polski model, który należy samodzielnie wypracować bez oglądania się na to jak to działa w Skandynawii czy gdziekolwiek indziej. Prawo danego kraju powinno być dostosowane do realiów panujących w danym zakątku Świata, przenoszenie wzorców zagranicznych jest bezsensowne. Prawda jest taka, że już dzisiaj można byłoby odpalać pirotechnikę całkowicie legalnie, gdyby w zarządach polskich klubów zasiadali inteligentni ludzie z głową na karku, jajami tam gdzie trzeba i mający pojęcie o tym, o co chodzi w piłce nożnej. Można byłoby wypracować porozumienie kibice-klub, gdzie zarząd klubu składa informację do Straży Pożarnej o planowanym pokazie, uzyskuje pozwolenie, a kibice biorą na siebie to, aby wszystko poszło dobrze. Warto też, żeby takie ustalenia zawierali ludzie myślący, a nie ktoś, kto później czepiać się będzie o to, że raca została odpalona 2 metry dalej niż ustalono lub zastraszony przez policję stwierdzi, że na taki pokaz zgody nie wyrażał. Czasy są takie, że policja działa dziś jak SB – chodzi, zastrasza, manipuluje – a w zarządach klubów i na państwowych posadkach każdy myśli o tym, aby jak najdłużej grzać własną dupę na swoim stołku.

Czy to w ogóle możliwe, żeby race były legalne?

Tak jak wcześniej wspomniałem wydaje się to mało realne, bo postawa policji czy ludzi rządzących klubami i naszym krajem nie daje nadziei, ale mimo wszystko trzeba działać zamiast siedzieć i narzekać. A może się uda? Musimy do tego dążyć i być przy tym wytrwałym.

GKS Tychy:
Jesteśmy krajem absurdów, w którym aparat władzy nie radzi sobie z niczym, a  jego głównym sposobem rozwiązywania problemów są niezliczone represje. Nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc smakuje najlepiej. Dopóki więc nie będzie dialogu, dopóty przepaść między stronami będzie się powiększać i o wypracowanie dobrego modelu będzie bardzo trudno. Jest o czym mówić, bowiem scena kibicowska w Polsce od wielu lat pracuje na swoją renomę pod względem opraw. Zamiast z tym walczyć można z powodzeniem wykorzystać ten potencjał do promocji nie tylko piłki nożnej ale i całego kraju. Co za problem przeszkolić wybrane osoby i dać im kredyt zaufania?

 

 

Zakaz kopiowania felietonów bez zgody autora!


Back to Top ↑

frivfrivfriv