Kibicowskie wywiady

Published on Wrzesień 24th, 2017 | by admin

OD „HOOLIFANA” DO „WŁADCÓW STADIONÓW”

OD „HOOLIFANA” DO „WŁADCÓW STADIONÓW”

Rozmowa z Krzysztofem Goszem, wydawcą angielskich książek chuligańskich w Polsce.

Jesteś wydawcą angielskich książek o tematyce chuligańskiej, przetłumaczonych na język polski. Skąd pomysł na wydawanie tego typu książek w Polsce?

Bardzo wiele zależało od przypadku i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Najpierw przez przypadek wpadła mi w ręce książka „Guvnors” Mickey’a Francisa, która była czymś zupełnie innym niż książki o kibicach, które ukazywały się w Polsce. Następnie ściągnąłem z Anglii jeszcze kilka innych tytułów i pojawił się pomysł, aby choć jedną przełożyć na język polski. Miałem jednak olbrzymie trudności w znalezieniu wydawnictwa chętnego do współpracy – i wtedy, dzięki niesamowitemu zbiegowi okoliczności, spotkałem kogoś, kto znał kogoś, kto mógłby mi pomóc. Wydaje się, że pomysł nie był zły, ponieważ zdobyliśmy wielu stałych czytelników, a książki, nawet te najstarsze, wciąż się dobrze sprzedają.

Opowiedz coś o sobie. Czy jesteś kibicem? Jakiemu klubowi kibicujesz? Czy jeździsz lub jeździłeś na wyjazdy?

Mam 32 lata, mieszkam w Wejherowie, od dziecka chodzę na mecze Gryfa, od wielu lat jeżdżę też do Gdyni na Arkę. Na wyjazdy nigdy nie mnie nie ciągnęło, nigdy też nie należałem do żadnych stowarzyszeń kibiców. No i oczywiście namiętnie oglądam ligę angielską.

Najnowsza wydana przez Ciebie książka to „Władcy Stadionów” – w oryginale „Terrace Legends”. Co mógłbyś na jej temat powiedzieć?

Autorzy – Cass Pennant i Martin King – dokonali czegoś niesamowitego: namówili trzydziestu chuliganów, aby się przedstawili z imienia i nazwiska, dali sobie zrobić zdjęcie i opowiedzieli o swoim chuligańskim życiu. Bez owijania w bawełnę i bez niepotrzebnych uprzejmości. Poznajemy historie ich życia, kiedy po raz pierwszy poszli na mecz, wzięli udział w zadymie, jaka była ich najpoważniejsza kontuzja. „Władcy stadionów” to wycieczka wzdłuż i wszerz Anglii, a na dodatek podróż w czasie – od lat 70. do początku XXI wieku. Poza tym – takie są pierwsze opinie czytelników – świetnie się ją czyta.

Jak sądzisz, czy w Anglii na dzień dzisiejszy można jeszcze mówić o zorganizowanym ruchu chuligańskim?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Starzy chuligani zajęli się pisaniem książek, młodzi ponoć działali głównie w niższych ligach. Nie będę się jednak na ten temat wymądrzał, bo nie mam pojęcia, jak to teraz wygląda. Na pewno wciąż istnieje ruch niezorganizowany i są puby, w których kibiców przyjezdnych nie wita się z otwartymi rękami.

Czy znasz osobiście autorów tych książek np. Cassa Pennanta lub Martina Kinga? Czy uważasz, że są to kibice z krwi i kości?

Z Cassem mam kontakt mailowy, ale nigdy się z nim nie spotkałem, z Martinem Kingiem też nie. Czy są kibicami z krwi i kości? Pewnie, że tak! Przez długie lata narażali życie i zdrowie broniąc barw klubowych i dopingujących swoich piłkarzy w najbardziej ponurych i nieprzyjaznych zakątkach Anglii. Smutne jest jednak to, że dzisiaj tacy jak oni nie są mile widziani na nowoczesnych stadionach swoich klubów.

Wiem, że osobiście tłumaczysz wydawane przez siebie książki. Czy angielski slang kibicowski jest równie bogaty w specyficzne, niezrozumiałe dla zwykłych ludzi słownictwo, podobnie jak to ma miejsce w Polsce? I czy trudno się przekłada takie rzeczy na nasz ojczysty język? Czytając te książki po polsku – jako typowy polski kibic – przyznam, że wszystko brzmi bardzo swojsko i na pewno kosztowało to sporo wysiłku, aby sensownie oddać angielskie klimaty.

Przeczytałem kilkanaście książek i z każdą kolejną coraz więcej rozumiałem. Gdy jednak zabrałem się za „The Boys from the Mersey”, napisaną przez kibica z Liverpoolu, mina mi zrzedła – próbowałem się przez nią przebić, ale do dziś nie skończyłem. Samo tłumaczenie to bardzo mozolna praca, bywało tak, że jedno zdanie zmieniałem kilkanaście razy, czasem przez kilka godzin wydusiłem dwa krótkie akapity. W swojej pracy trzymam się zasady, aby zbyt nachalnie nie narzucać slangu kibicowskiego, unikam też wulgaryzmów, które w języku angielskim mają trochę inną pozycję niż w polskim. Ale z drugiej strony, mam też świadomość tematyki książek i do kogo są one kierowane. I właśnie aby znaleźć taki „złoty środek”, każde zdanie musiało być dobrze przemyślane.

A czy były takie zawiłości językowe, których się na język polski w żaden sposób przełożyć nie dało?

Tak, były. Trochę się nakombinowałem, aby jakoś z tego wybrnąć. Przekleństwem były zwłaszcza fragmenty o ciuchach – dla angielskich casuals styl ubierania był świętością, w Polsce nie ma to aż takiego znaczenia. We „Władcach stadionów”, każdemu z bohaterów autorzy zadają pytanie o najgorszy i najlepszy styl ubierania – najpierw musiałem dojść do tego, co niektórzy z nich mieli na myśli, a potem głowiłem się jak to nazwać po polsku.

Czy zdradzisz nam, która z dotychczas wydanych książek sprzedała się najlepiej?

„Hoolifan”, która jest najdłużej dostępna na rynku. Zrobiliśmy nawet dodruk i wciąż znajdują się chętni do czytania. Ja osobiście cieszę się, że miałem przyjemność tłumaczyć tę książkę i wprowadzić ją na polski rynek. W Anglii „Hoolifana” określa się mianem klasyki literatury stadionowej i nie ma w tym żadnej przesady.

Jakie są Twoje dalsze plany wydawnicze? Chodzą ci po głowie konkretne tytuły?

Dopiero co skończyłem pracę nad „Władcami stadionów”, jeśli książka zostanie dobrze przyjęta, pewnie zacznę się rozglądać za kolejną pozycją. Mam kilka kandydatur, zresztą część z nich zgłaszali sami czytelnicy, za co im oczywiście dziękuję – i za wszystkie dobre słowa, które są najlepszą motywacją do dalszej pracy.

Dzięki za wywiad. Powodzenia i wytrwałości w dalszej pracy!

Dzięki wielkie!

Rozmawiał „J”

Wywiad udostępnione dzięki uprzejmości „TO MY KIBICE”

 Zabronione jest kopiowanie wywiadów bez zgody autora!

Tags: , ,


About the Author



Back to Top ↑

frivfrivfriv